Wednesday, 27 May 2020

Literatura a prawdziwe życie


Czytam sobie kolejną pięknie napisaną, historycznie dokładną powieść, gdzie akcja skupia się w dużej mierze na chlaniu, ćpaniu i ryćkaniu i myślę sobie, jak to jest, że jednak to zawsze będzie literatura o prawdziwym życiu. I że nie mogę takiej napisać, ponieważ nie będę w tym wiarygodna, jako że całe życie nie żyłam prawdziwie, należąc do tej kohorty kobiet, które uwierzyły, że nauką i pracą ludzie się bogacą, że ciężka orka na ugorze daje uznanie i potęgę, tylko po to, żeby się przekonać, że za ciężką pracę w nagrodę dostaje się więcej ciężkiej pracy, a potęga i uznanie przytrafiają się tym młodym dżentelmenom, którzy całe studia przebimbali chlejąc, ćpając i ryćkając, podczas gdy my, frajerki, zakuwałyśmy egzaminy na piątki. I wskutek czego jesteśmy ładne, grzeczne i sympatyczne, ale prawdziwego życia nie znamy.

I myślę sobie, że następna kohorta kobiet będzie mieć gorzej, bo młodsi dżentelmeni wpadli na to, że w sumie to nie trzeba nas wcale kształcić, tylko od razu wyszkolić w przekonaniu, że należy im służyć, zaprzęgając do tego nowego-starego kłamstwa całą religię oraz ideologię. Bo prawdziwy mężczyzna ma mieć swobodę, ażeby jak wyżej, a te grzeczne, sympatyczne pracusie ich jednak uwierają.

Bo w każdej dyskusji zadającej pytanie, kiedy od poczęcia zaczyna się człowiek, wybrzmiewa niewypowiedziany bliźniak owego pytania: w którym momencie nosząca go kobieta człowiekiem być przestaje.

Ale to już z rzeczoną powieścią – swoją drogą pięknie napisaną, którą zresztą w pierwszym akapicie koszmarnie spłyciłam, bo w gruncie rzeczy jest o sprawach poważnych, a jako sympatyczna osoba mam z tego powodu poczucie winy, nie ma nic wspólnego.

No comments:

Post a comment