Tuesday, 14 July 2015
Człowiek-sąsiad
Wczoraj to ja byłam człowiekiem-sąsiadem przez jakieś pół godziny, kiedy montowano mi siatkę na kota (kot do dziś jest obrażony).
Ale bywają przypadki ekstremalne.
Tak, że teges, w drodze do pracy napisała mi się piosenka punk rockowa. Gdyby ktoś chciał użyć i zaśpiewać, jak zwykle zachęcam.
Człowiek sąsiad
Budzisz mnie o szóstej rano
"Przecież nie ma ciszy nocnej"
Dźwięk wiertarki udarowej
Coraz mocniej, coraz mocniej
Człowiek sąsiad, człowiek sąsiad
Beton w głowie, złota rąsia
Napierdala w środku nocy
Znikąd rady i pomocy
Jest sobota, jest robota
Już rok trzeci jak się wierci
Wszystkie psy szczekają w bloku
Ryczą w bloku wszystkie dzieci
Człowiek sąsiad, człowiek sąsiad
Napierdala z każdej strony
Lecą tynki jak śnieżynki
Każdy lekko jest stłamszony
Pędzisz więc do autobusu
I uciekasz do roboty
Będziesz nadzorować remont
Za tych marnych parę złotych
Człowiek sąsiad, człowiek sąsiad
Znów boruje z konieczności
Aż się wreszcie cała Polska
Ugotuje ze wściekłości
Sunday, 10 May 2015
Był sobie kraj
Nie jestem orłem analiz politycznych, ale wstawiłam tę krótką przypowieść po to, aby ktoś może lepiej ją ubrał w słowa.
Był sobie pewien kraj, który długo nie mógł się zdobyć na suwerenność. Wreszcie wskutek zawirowań historii udało się przeprowadzić rewolucję, i to tak bezkrwawą i relatywnie bezproblemową, że myśliciele nazywali ją pluszową rewolucją (*). Kraj odzyskał suwerenność, rewolucjoniści poobsadzali kluczowe stanowiska i zaczęli realizować swoje pomysły. W pulę pomysłów wliczała się demokracja obywatelska i okazjonalne wybory na rozmaite urzędy.
Ponieważ nie mieli szczególnego pojęcia, co zrobić, jak już ta cała rewolucja będzie zrobiona, czasem się kłócili, a czasem mylili. Wskutek tego czasami w wyborach wygrywali kontrrewolucjoniści, oczywiście ci mniej zatwardziali, którym tak naprawdę pluszowa rewolucja bardzo się spodobała i dołączyli do realizowania pomysłów, żeby wrzucić parę swoich (oraz dostać sławę, chwałę i pieniądze). Z czasem dołączyli ci, którzy rewolucjonistom nosili teczki, a teraz bardzo chcieli mieć swoje pięć minut. Poza tą grupą mało kto znał jakichkolwiek przywódców, więc tak to się mniej więcej obracało.
Tak minęło pięć lat, dziesięć, dwadzieścia… wreszcie okazało się, że kraj dobił dwudziestej piątej rocznicy suwerenności.
I okazało się, że powoli wyłania się pewien problem.
Otóż był to najdłuższy okres suwerenności od mniej więcej trzech wieków. Precedens, którego do tej pory kraj nie zaznał. Poprzedni okres suwerenności, który często przywoływano z sentymentem i nieco na wyrost stawiano za wzór, był krótszy i nie zdążył się nawet dorobić problemów, które teraz należało rozwiązać. Na przykład już bardzo dobrze było widać dalekosiężne skutki pierwszych pomysłów po rewolucji, ale jeszcze nikt nie miał pomysłu, co zrobić z tymi negatywnymi.
Co gorsza, grupka rewolucjonistów, kontrrewolucjonistów oraz groupies obydwu stron z pamiętnych czasów postarzała się. Część z nich przeszła na emeryturę, kluczowi myśliciele poumierali. Na stanowiskach (oraz w opozycji) została już tylko niewielka ich część, ale wszyscy doskonale widzieli, że i to się najdalej za kilka lat skończy.
Powoli stawało się jasne, że nie bardzo wiadomo, kogo wybierać i co robić.
Ta opowieść nie ma zakończenia. Rozegra się ono nie w te wybory, ale za pięć, może dziesięć lat.
Nie wiemy, czy rzeczony kraj, który nie tylko odzyskał suwerenność, ale także przeżył ją na tyle długo, żeby powoli zrzucać z siebie kontekst rewolucji, znajdzie pomysł na siebie. Ma jakąś szansę. Wbrew temu, co się mówi, jest już normalnym krajem. Normalne kraje nie są utopiami, tylko mają normalne problemy i je rozwiązują.
Możliwe, że wygrają ci, którzy uważają, że najlepszym wyjściem jest zorganizowanie jakiejś drugiej rewolucji, żeby pojawili się nowi rewolucjoniści, kontrrewolucjoniści oraz groupies. I tym razem, zapowiadają, nie będzie ona pluszowa.
Nie wiem jak wy, ale ja bym wolała, żeby kraj skorzystał z historycznej szansy i wreszcie porozwijał się bezrewolucyjnie. Wyłonił nierewolucyjnych i nierewolucjonizujących przywódców - przecież nikogo nie trzeba już zrzucać. Podyskutował, jakie skutki dokonanej rewolucji się nie podobają i co by może zmienić tak, żeby było dobrze - przecież nikt nie zabrania. Zaczął wreszcie, bez zrywania ciągłości historycznej, orać swoje poletko i meblować domek. Ja wiem, że to jest mniej romantyczne, ale w sumie można spróbować.
Bo właściwie dlaczego nie?
(*)przepraszam za parafrazę - mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam :)
Saturday, 14 March 2015
Świeżo odmrożony mamut
Otworzyłam sobie katalog ze śmietnikiem zawierającym Pierwsze Miasto (trzeci tom Miasta Magów) i oglądam, i zastanawiam się, jak się wcisnąć w te stare gacie. Na razie wygląda na to, że trzysta tysięcy znaków idzie do kosza albo na surowiec wtórny, a ja opracowuję nowy plan działania. Przeraźliwie zdezaktualizował mi się początek, rzeczywistość okazała się bezlitosna i wykluła mi całe państwo ekstremistów rozpirzających dokładnie te zabytki, które jedna z bohaterek miała eksplorować. Oglądam inne pomysły sprzed kilku lat i mam wrażenie, że już mi nie odpowiadają, ale może wrażenie jest błędne i niektóre z nich ożyją na nowo. Tego akurat nigdy nie wiadomo.
Kręcę się też niespokojnie po okolicy. Mózg mam na razie całkowicie wyjałowiony, nie produkuje nic nowego, ale już coś by chętnie wchłonął, pouczył się, wrzucił na blachę nowe książki, miejsca, fakty. Pierwsze zmęczenie, znaczy się, minęło. Ale jeszcze nie wróciłam do pełni sił umysłowych. Idzie pierwsza wiosna od dłuższego czasu, kiedy nie mam niczego dużego do zrobienia - najpierw to był doktorat, później pierwszy tom Asystenta - i trochę się czuję jak przybysz z przeszłości, którego odhibernowano po tysiącleciu. A może mamut. Ale zapewniam, że nie nadaję się na gulasz.
Zredefiniować by się trzeba. Napaść na bibliotekę, wyjść ze strefy komfortu. Odgruzować wiernego ruma... rower, odkurzyć balkon z roślinkami. Znaleźć atrakcje na mieście. Coś polecacie ciekawego, dziwnego, fajnego?
Monday, 9 March 2015
Czekając na bestseller
Tytuł dzisiejszej notki wyraża oczywiście moje nadzieje dotyczące świeżo ukończonej powieści w dwóch tomach, pt. „Asystent czarodziejki”. Ktoś może wziąć je serio, więc doprecyzuję, że na razie nawet nie wiem, jak będzie z drukiem. Z wydawnictwem jesteśmy po słowie, ale nic konkretnego; w tej chwili wszystko może pójść w dowolną stronę. Możecie trzymać za mnie kciuki. Od razu przepraszam, że nie jestem tak hojna wobec bet, jak zamierzałam, ale chyba niezupełnie mi wolno.
O czym w ogóle piszę?
„Asystent czarodziejki” to powieść fantastyczno-przygodowa. Główny bohater, Vincent Thorpe, prawie od ćwierć wieku pełni rolę asystenta ekscentrycznej szlachcianki-czarodziejki, Margueritte de Breville de Branche d’Ambre. Przynosi, podaje, zamiata, a także regularnie naraża życie podczas prac terenowych. Do wypełnienia kontraktu został mu niecały rok - wkrótce Vince przejdzie na wczesną emeryturę, ożeni się i zacznie prowadzić spokojny żywot domatora. A przynajmniej właśnie tego pragnie. Niestety, los ma wobec niego zupełnie inne plany…
Tyle wstępu. Trudno mi z czymkolwiek porównywać dwutomową knigę, nad którą spędziłam dwa lata. Jeszcze nie nabrałam dystansu. Jest to takie fantasy, spod którego wychodzi s-f, jeśli się trochę poskrobie. Istnieją dwa równoległe światy, z czego jeden ma kulturę lekko stylizowaną na koniec XIX wieku w wiktoriańskiej Anglii, a drugi - na przełom średniowiecza i renesansu we Francji. Są królowie, księżniczki, baronowie i kawalerowie, są smoki i wyższa matematyka jako podstawa magii. Są czarodzieje, którzy zachowują się jak naukowcy oraz czarna magia, która w niektórych aspektach przypomina radioaktywność. Wykorzystałam rekwizyty znane z fantasy, tyle że po swojemu. Jest rozrywkowo, ale starałam się nie obrażać intelektu czytelnika.
Krótko mówiąc, napisałam sobie książkę, jaką bardzo chciałam przeczytać, ale jakoś nigdzie nie mogłam znaleźć.
Jeżeli książka zostanie przyjęta, zacznę ogarniać kwestie promocyjne. Przydałoby się, na przykład, opracować jakiś imydż, co przyprawia mnie o ból głowy od samego myślenia, bo nie mam wielkiej wprawy w robieniu wrażenia, jestem raczej spokojną jednostką o naturze laboratoryjno-biblioteczno-leśnej, pokroju nerd, w porywach do geeka. Do tej pory mogę się dzielić refleksjami na blogu. Może nieco częściej niż dotychczas. Książka, bądź co bądź, ukończona.
(co mi przypomina, że muszę przejrzeć Mandalę, wyciąć z niej kawałki przyprawiające o zakłopotanie i też puścić dalej).
Sunday, 18 January 2015
Goro Miyazaki, an artist in his own right
This will be a short one.
Yesterday I have watched the first episode of "Ronja the Robbersdaughter" and it is awesome.
The 3d animation takes a bit of getting used to, but once you're there, everything else is just perfect. The adaptation is very faithful, and the characters and locations are very close to what I imagined (with the correction that I have imagined a world much more realistic and dirty than it's feasible in a TV anime). The production, for a TV series, is very high quality, especially the emotions expressed by the characters.
So far, Goro Miyazaki has recieved a lot of criticism. People expected him to be Hayao II, who he obviously can't be, since he's another person entirely. But he can be great in his own right. See, Hayao is a fairy tale maker, a person of huge, unbound, whimsical imagination. Goro is a realist - which I suspected since the Earthsea, where the whimsical and metaphorical was botched, while the realistic elements held ground. Should he continue in that direction, making anime that is heavier, more solid, grounded and as gritty as warm (the harpies hold promise that gritty is where Goro does his best), he will make great art. Also, very distinct from his father's unforgettable movies.
Now, "Ronja" is definitely a series to watch and I will see if the next episodes hold up to the promise of the first one (according to others who watched, they do - the awesomeness continues, and the darker parts of the story are dark indeed). Spread this and get to Goro so he knows that he's doing great work and he doesn't have to step into his father's shoes. It' just an opinion of a small lady in Poland, but as an author I know that sometimes that one reader's opinion is what we need.
Friday, 9 January 2015
Fear of the dark
Zauważyliście zapewne, że z rzadka zabieram głos w sprawach poważnych. Zwykle, kiedy Internet zaczyna kipieć, a na okładkach gazet pojawiają się nagłówki od których marznie się od środka, słowa więzną mi w gardle. Czuję, że cokolwiek powiem, będzie małe, głupie i nieważne.
Drażnią mnie wtedy wypowiedzi, zwłaszcza znajomych - ten czy ów ledwo od ziemi odrósł, a tu już sadzi się na autorytet. Później doznaję refleksji, że w gruncie rzeczy nie jesteśmy już takimi smarkaczami. Nawet u władzy dokonuje się przecież wymiana pokoleń; smarki młodsze ode mnie zostają burmistrzami.
Świat zmienił się bardzo, kiedy byłam małym szczylem i nie zdawałam sobie do końca sprawy z tego, co się dzieje. W sklepach pojawiły się chipsy i cola, a w ludziach przeplatał się lęk z nadzieją. Mam wrażenie, i mam nadzieję, że błędne, że teraz świat zmienia się znowu, na odrobinę straszniejszy i bardziej agresywny, a terroryści w Paryżu to tylko jeden z objawów. Skłonna jestem złożyć takie myślenie na karb nałogowego czarnowidzenia. Bywam ekspertem w martwieniu się na zapas, a złe rzeczy dzieją się wszędzie, na całym świecie, nie od dziś.
Nie sądzę, abym kiedyś wyjaśniała, dlaczego piszę książki przygodowe, i to w dodatku (bywa) z humorystycznym zacięciem. Otóż zdaję sobie sprawę z tego, że świat jest w gruncie rzeczy mroczny i niebezpieczny, a życie trudne, nawet jeśli mamy szczęście mieszkać w miejscu, gdzie (nadal) nie boimy się wyjść do spożywczaka. Czytanie lekkiej literatury to przynajmniej eskapizm, ale może stać się czymś więcej. Nie chodzi tutaj o chwilową przyjemność, bo w naszej kulturze przyjemność można sobie zapewnić rozlicznymi środkami. Poza tym wrażenia są ulotne, szybko mijają. Nie próbuję też przekazywać przepisów na Polskę, jak to się często dzieje w naszej literaturze, bo kucharka ze mnie kiepska i mogłabym przesolić...
Lekkie powieści zapewniają pożywkę dla wyobraźni. Namysł, refleksja, współodczuwanie z bohaterami, dowcip, dramat, nadzieja. Wyobraźnia chroni przed złem na tyle różnych sposobów, że można by o tym napisać osobny esej. Po drugie, są rzeczy, które powinny zostać nazwane, wyrażone i wykrzyczane - a może ujęte w bezpieczną konwencję. Wtedy właśnie stają się odrobinę bardziej znośne.
I darujmy sobie, nie robię tego altruistycznie i nie mam w sobie tyle ego, aby uważać, że ratuję świat. Pierwszym czytelnikiem jestem przecież ja sama.
Powieść to jeden ze sposobów walki z mrokiem. Ale są przecież inne metody. Inne poletka ludzkiej twórczości. Należy do nich satyra.
Parę zdań więcej i zaplączę się tak, że nie wybrnę do Wielkanocy, stwierdzę więc tylko, że kiedy piszę „Je suis Charlie” nie odczuwam tego jako pusty slogan.
I bardzo boję się ciemności.
Subscribe to:
Posts (Atom)