Monday, 17 August 2026

Dziwne owoce! Gujawa i inne.

 Ponieważ wszyscy bardzo potrzebujemy lekkich wiadomości, dziś kolejny post z cyklu "dziwne owoce", które publikowałam na stronie autorskiej po każdej wizycie na Buford Highway Farmer's Market. 

To znaczy, może od początku: przy ulicy Buford Highway w Atlancie mieści się dzielnica zasiedlona przez amerykańskich Azjatów oraz imigrantów (i Amerykanów kolejnych pokoleń) z Ameryki Południowej. Ta cała bujna społeczność, naturalnie, chciałaby zaopatrzyć się w znajome produkty z całego świata i tutaj właśnie robi zakupy. Polskie produkty też się czasem zdarzają, chociaż więcej jest rosyjskich i od niedawna ukraińskich (korzeń pietruszki czasem jest, a czasem go nie ma, tak jakby ktoś nie wiedział - reszta świata przeważnie stosuje pasternak, który my uznajemy za coś gorszego). Szczególnie dla mnie ciekawa jest alejka z warzywami i owocami, bo o ile produkty paczkowane można sobie importować, to raczej trudno o świeżą żywność. W Polsce można kupić naprawdę wiele ciekawych owoców i warzyw, ale najtrudniej z tropikalnymi, bo się je kiepsko przechowuje (nie wszystkie dobrze znoszą pobyt w chłodni) i wiele z nich jest stosunkowo nieznanych. Inne są importowo trudne ze względu na lokalne smaki (owoc Pouteria sapota dla mnie smakuje jak mydło, nieważne, że dla osób mieszkających w rejonie występowania to pewnie delikates i smak dzieciństwa - z drugiej strony nie spodziewam się, żeby wielką popularność w świecie zyskał nasz agrest). Poza tym jako gatunek wszystkożerny jesteśmy w stanie zeżreć wszystko, więc po prostu różnorodność jest zbyt duża, żeby wszystko znać. I bardzo dobrze, monokultura to zguba bezpieczeństwa żywnościowego.

To po tym krótkim wstępie trzy ostatnie nabytki. Zdjęcia zrobione ziemniakiem, przepraszam, ale nie lubię mieć rat na głowie i nie nabywam telefonów flagowców. 

- gujawa (Psidium sp., to by była chyba Psidium guajava), po polsku nazywana też gruszlą i moim zdaniem pełni funkcję gruszki w krajach pochodzenia, ale o tym zaraz. To moje kolejne podejście do tego południowoamerykańskiego owocu, pierwsze było dość nieudane, bo kupiłam zielone, twarde i kwaśne. Intuicja podpowiadała mi jednak, że to pierwsze wrażenie może być błędne, albowiem gujawa jest opisywana jako owoc deserowy (i my go znamy z dodatków do żywności). Otóż istnieją różne odmiany. Najsłodsza jest ponoć taka różowa w przekroju, ale na razie nie udało mi się jej znaleźć. Ta poniżej jest żółta, miękka i w przekroju biała. Bardzo aromatyczna, słodkawa. Jak się już zrozumie, że nie należy gryźć twardych jak kamyki pestek, zupełnie smaczna. Jest to owoc trochę wytrawny, to znaczy bardzo dobrze pasuje do mięs i serów i tutaj widzę właśnie porównanie z gruszką, również z tego powodu, że można trafić na gruszkę kwaśną i twardą jak kamień, a można na rozpadającą się, słodką konferencję (swoją drogą tej odmiany akurat w USA nie ma). 

Mam przeczucie, że jakiś supermarket w Polsce, Leclerc albo coś, może gujawy sprowadzać od święta, więc można sprawdzić.

gujawa

- mamoncillo (Melicoccus bijugatus), wbrew pozorom nie ma nic wspólnego z inżynierem Mamoniem. Zielona twarda skórka, pomarańczowy miąższ i ogromna biała pestka. Dla mnie trochę skucha. Wiecie, jak jest z liczi - no to tutaj proporcje pestka a miąższ są odwrotne, to znaczy jest go bardzo mało i trzeba go raczej wysysać niż ogryzać. Kwaskowaty i mocno żywiczny w smaku i szczerze mówiąc trochę nie wiem, co z tym owocem zrobić. Ale mojej połówce bardzo smakuje. 

mamoncillo (wbrew pozorom, nie mały Mamoń)

- oraz stary znajomy w innym wydaniu, czyli świeże, niedojrzałe daktyle. Kupowałam już takie odmiany barhi, żółte, bardzo słodkie i chrupkie, ale nie znałam takich zielonych. Te, które znamy ze sklepu są już ulężone i scukrzone, a te jeszcze nie. Wyglądają jak małe zielone rajskie jabłuszka i trochę się z nimi kojarzą smakowo. Są bardzo delikatnie słodkie i trochę gąbczaste.  Internety podpowiadały mi, że ludzie robią z nimi smoothie, ale ponieważ smoothie to raczej nowy wynalazek, poszukałam parę minut dłużej i okazuje się, że w miejscu pochodzenia (w Indiach) raczej marynują je w occie, z dodatkiem czosnku i asafetydy. 

zielony daktyl (do marynowania)

I to by było tyle wieści z Drugiej Strony Świata. Do (niezbyt systematycznego) zobaczenia :>


Thursday, 30 July 2026

Ponownie wyszłam z fb, icoteras :>

 Mam wrażenie, że to się zmienia w czynność mniej więcej doroczną, ale tym razem mój niesmak dotyczy tego, jak wskutek całkowitego nakierowania algorytmów na "zaangażowanie", Meta angażuje się w rosyjską wojnę kognitywną przeciwko Polsce. Decyzja o braku moderacji botów też decyzją. Wiem, jak mocno ten serwis trzyma nas jako zakładników, więc nie winię, jeśli ktoś został dla towarzystwa, a już bardzo popieram, jeśli ktoś się angażuje charytatywnie, ale to jeszcze trzeba mieć na to wolne moce przerobowe. Nie chciałam się przytruwać tym, co się na pewno już z mediów antyspołecznych zaczęło wylewać od rana. Dezaktywacja pomoże mi na pisanie, kontaktować się ze znajomymi mogę w jeszcze inny sposób i na szczęście niczego nie muszę promować na bieżąco (nominację do Zajdla może powinnam tbh, ale i tak nie wiem, jak się do tego zabrać - lepiej napisać coś nowego, bo w tym roku literacko była kompletna plaża, głównie praca nad grantami). 

Mam jeszcze trochę więcej przemyśleń, ale sprowadzają się one do tego, że warto sobie jednak wyhodować alternatywne metody kontaktu ze światem. Może substack jakiś? Ale to musiałabym być, brońcie bogi, systematyczna. 

Sunday, 8 June 2025

O uprzywilejowaniu

Taki felieton napisałam, ponownie na fb. Wywiązała się pod nim dość ciekawa dyskusja, tak że przeklejam z zastrzeżeniem, że to felieton, forma lekka i cała zakwasowa metafora jest mocnym uproszczeniem, bo jak pisze jeden z rozmówców, rozmaite uprzywilejowania się w prosty sposób nie dodają i nie odejmują. 

tldr; Polska to nie Stany. Świat jest złożony. Nie jestem wyrocznią. Inny wniosek: mobilność społeczna jest u nas wyższa.

Zauważyłam taką rzecz: jeśli ktoś komuś wymyśla od uprzywilejowanego, najprawdopodobniej sam jest uprzywilejowany. Jeśli ktoś jest nieuprzywilejowany, zazwyczaj tego pojęcia nie zna (lub zna, ale i tak ma na głowie nieco inny poziom problemow), a zetknięty z nim najprawdopodobniej zaserwuje nam jedną z trzech reakcji 1) nie wiem, nie znam, zarobiony/a jestem; 2) jak to nieuprzywilejowany?! Ja sobie doskonale daję radę i nie potrzebuję żadnej pomocy. 3) a w mordę chcesz?

W ogóle dyskusja w Polsce o przywileju jest skomplikowana. Ja, na przykład, mieszkałam w trzech Polskach. Załapałam się na PRL w stanie rozpadu, na chaos transformacji ustrojowej oraz na w miarę stabilną rzeczywistość po akcesji do Unii. Moja babcia mieszkała w pięciu albo i sześciu, siedmiu Polskach, począwszy od tej przedwojennej i zależy czy dzielimy PRL na epoki. W każdej z nich wywracały się porządki świata i nawet warstwy uznawane za elitarne noszą w sobie taki zestaw zranień, że lepiej nawet nie zaczynać drapać.

Oczywiście istnieją całe rodziny takich, co to zawsze lądowali na miękkim: od szlachectwa, poprzez inteligencję do beniaminków partii, do majątków potransformacyjnych. Istnieją całe rodziny mieszkające na wsi, które nigdy nie załapały się na awans społeczny, jaki rozpoczął się u nas po odzyskaniu niepodległości, ze wszelkimi późniejszymi komplikacjami.

Więc jak w ogóle mówić o przywileju w kraju, w którym nie ma Rockefellerów, majątki były tracone, prapradziadowie zsyłani na Sybir, rodzice internowani, ale za to niektóre roczniki 70 ze znajomością angielskiego mają przewagę zawodową nad rocznikami 80 z dwoma fakultetami?

Czy osoba z biednej rodziny, która doszła do ogromnych zaszczytów jest uprzywilejowana, czy nadal nie? Czy utracjusz z rodziny zamożnej jest uprzywilejowany? Czy dziecko burmistrza małego miasteczka jest bardziej uprzywilejowane od dziecka bibliotekarki z Ursynowa?

Okej, to zacznijmy od tego, co to jest przywilej w warunkach polskich, a przynajmniej jak ja to widzę.

Przywilej to jest zasób, który pozwala zamortyzować burzliwe dzieje losu.

Ostatnio piekę chleby, więc wyobraźmy sobie ten zasób jako wiaderko zakwasu. Za każdą rzecz, która wzmacnia, dokarmiamy zakwas w wiaderku. Za każdą rzecz, którą osłabia, trzeba wyjąć zakwasu z wiaderka i go spożytkować, co można zrobić lepiej lub gorzej. Widzimy już, że przywilej nie tylko jest relatywny. Jest też zmienny. Oraz jeśli jest regularnie dokarmiany, ale nic się z niego nie zabiera, może rosnąć tak, że pospiernicza ze słoika.

Weźmy przykład: wychowałam się na warszawskim Ursynowie, z dobrą infrastrukturą, bibliotekami i transportem. Dokarmiamy wiaderko. Ale były lata 80/90 i hiperinflacja. Zabieramy z wiaderka. W szkołach było przeludnienie i społeczna dżungla, zamykanie w szatni i molestowanie (wtedy nazywane „końskimi zalotami”). Zabieramy z wiaderka. Ale jakiś rodzic miał pieniądze i wyposażył pracownię komputerową. Dodajemy do wiaderka.

Urodziłam się z niezłymi możliwościami umysłowymi. Dokarmiamy wiaderko. Ale mam deficyty społeczne. Zabieramy z wiaderka. I tak można dalej, na wszystko, nie będę wymieniać, summa summarum: moje wiaderko nigdy nie wyczerpało się do końca, dokarmiałam je starannie, jestem w punkcie, w którym mogę jeszcze tego zakwasu trochę pomnożyć. Ale nadal na różne rzeczy muszę wyjmować.

No dobra, a gdzie tu miejsce na własną pracę i bycie kowalem własnego losu, etc.

No można mieć puste wiaderko. Mogło się w życiu zadziać tyle rzeczy, a równocześnie mieć taki punkt startowy, że nie było z czego płacić.

Można w ogóle nie wiedzieć, jak się robi zakwas.

Można mieć niezły punkt startowy, a i tak kończymy bez przywileju, bo się zjadł. Może nawet dlatego, że ktoś jest miernym piekarzem. A może dlatego, że trzeba wyjmować, i wyjmować i wyjmować i czasem święty Boże nie pomoże.

Może przyjść złośliwy los i zapleśnieć cały zakwas.

Można go mieć, ale nie dużo i się nie zdąży namnożyć. Może troszeczkę. Wystarczająco, żeby się utrzymywać na powierzchni.

Można zacząć z poziomu średnio przeciętnego i znajdować okazje, mąkę tanio i być po prostu cholernie dobrym piekarzem. I kończymy z wiadrem, że hoho.

Można mieć wielkie wiadro kurde stuletniego zakwasu babuni nie do za**ania z zapasowymi pomrożonymi słoikami! I jak zapleśnieje jeden, odmrażamy drugi i… ale to chyba amerykańska czy też brytyjska sytuacja.

No i ktoś nam może kawałek dać. I tutaj dochodzimy do końca tej metafory, bo żywy zakwas jest żywy i można się nim dzielić. Kto wie, może ten co go przyjął, umie wyhodować swój.

Więc jak się dwóch kolesi z wielką serią słojów mierzy, który ma więcej zakwasu, a który temymi ręcami karmił, to wiecie co.

Każcie im się iść fermentować.

Sunday, 2 February 2025

Wyszłam z fb, icoteras.

 Gdyby ktoś się zastanawiał, gdzie się podziałam, zdezaktywowałam przedwczoraj konto na facebooku. Prywatne, strona autorska nadal istnieje. To nie jest pierwszy raz, kiedy ewakuuję się z tej platformy i jak poprzednio, nie chodzi o jedno wydarzenie czy też zderzenie z ludźmi, ale całą ich serię. Okoliczności związane z robieniem nauki w Stanach zrobiły się nagle bardzo stresujące – a powiedzenie „przypływ podnosi wszystkie łodzie” może się nie sprawdzać w ekonomii, ale sprawdza się w przypadku poziomu stresu. Jeśli trwasz w dużym napięciu nerwowym, nie masz zasobów na radzenie sobie z pomniejszymi stresami (na przykład takimi, jak spektakularny upadek autora, którym się miało „umeblowany” pisarski pokój).

Miałam trochę czasu, żeby się pozastanawiać nad tym, co robią z naszymi głowami social media, jak zmieniają i spłycają relacje międzyludzkie. I czy naprawdę autor, badacz musi być ciągle obecny online. Nie każdy się czuje z tym komfortowo, nie każdy jest w tej obecności bardzo dobry, nie każdy jest ekstrawertyczny (lub dobrze udaje). Social media skłaniają do gigantycznego poziomu oversharingu, po którym pozostaje kac. Platformy social mediowe robią się coraz bardziej dysfukncyjne, zapchane śmieciowymi treściami wygenerowanymi maszynowo i obliczonymi na podwyższenie temperatury dyskusji. A myślenie wymaga ciszy.

Być może pisarstwo w takiej formie, w jakiej je znałam, już zanikło, przeistoczyło się w hybrydowy gatunek, gdzie performance ma tyleż znaczenia, co sama treść. A największym talentem jest wstrzelenie się w algorytmy. Być może jednakowoż pierniczę. Przypuszczam, że przekonamy się za czas jakiś.

Czy tym razem wrócę, czy nie, to się jeszcze zobaczy.

Wednesday, 8 January 2025

Co właściwie pisze Aleksandra Janusz?

Troszeczkę w ramach przypomnienia się ludziom, odrobinę w ramach tzw. placeholdera, zanim przyjdą mi do głowy nowe tematy na posty. 

 Jakie są moje teksty literackie?

Przede wszystkim oddają moje zainteresowania. Będą zatem "nerdowe" i czasem (no dobrze - często) podejmą temat mojej najnowszej fascynacji. Prócz krótkiej podyplomówki z dziennikarstwa nie mam wykształcenia humanistycznego, więc to jest trochę "literatura inżynierów", ale lubię się też bawić słowem, narracją, stylizacją. Jeśli wam to pasuje, jeśli szukacie nowych ciekawych rzeczy, to je tam znajdziecie.

Piszę też dużo o relacjach międzyludzkich - bo są dla mnie ważne - i czasem podejmuję bardzo ciężkie, emocjonalne tematy. Staram się opowiadać o nich cicho i delikatnie, żeby odpowiednie dać rzeczy słowo, ale one tam są. To tak w charakterze popularnych obecnie ostrzeżeń, czyli "trigger warningów". 

Bardzo rzadko piszę o romansach (do tej pory taki wątek pojawił się tylko raz), jeśli pojawiają się pary, to już takie istniejące. Niewiele też u mnie cielesności, jeśli jest, zaciągam bohaterom zasłonki. Taka preferencja, chociaż niczego nie wykluczam. Coś może kiedyś.
 
Opowiadania są zwykle trochę bardziej eksperymentalne tematycznie i formalnie, niż nowele i powieści. Krótka forma to idealny sposób na zrealizowanie pomysłu, który jest dobry tu i teraz, ale niekoniecznie mam ochotę ciągnąć go przez pięćset stron. Do tego służą powieści przygodowe.

W moich tekstach literackich pojawiają się bohaterowie wszelkich kolorytów i rodzajów. Nie piszę o sobie, tylko o świecie, który mnie otacza, ale bardzo możliwe, że wasz świat wygląda nieco inaczej. Jeśli tak jest, spróbujmy się porozumieć. 

Tuesday, 7 January 2025

Taktyczna kropka.

Po internecie zaczęła krążyć informacja, że FB pozbywa się moderacji i będzie pozwalać na więcej treści związanych z wolnością obrażania się nawzajem (bo wątpię, żeby algorytm zrezygnował z banowania za wykrycie biustu w fotografii porcelany). To jest moment, żeby zacząć trzymać rękę na pulsie, poarchiwizować swoje tobołki i ewakuować się, jeśli atmosfera stanie się zbyt nieprzyjemna. Zarówno X, jak i nawet Threadsy okazały się dla mnie trochę zbyt intensywne.

W tym momencie wyobrażam sobie teoretycznego trolla, który się bardzo cieszy z tego, że nie chcę czytać nieprzyjemnych rzeczy, ale ja nigdy jakoś tego nie ukrywałam. W socjalach jestem dla kontaktu z ludźmi, a nie dla adrenaliny, naprawdę mam dużo adrenaliny w życiu na co dzień, mój prywatny wall cenzuruję zupełnie osobiście, bo nie mam obowiązku wpuszczania do domu każdego, kto mi chce nanieść do niego błota i nie zmieni buciorów na papcie albo chociaż nie wytrze nóg. Docelowo postawię sobie gdzieś własną domenę niezależną od żadnego molocha. Jeszcze tam trochę będę, ale jedną nogą. 

Blog tutaj można śledzić, jeśli chcecie (i jeśli nie mówię właśnie do ściany).