Friday, 9 January 2015
Fear of the dark
Zauważyliście zapewne, że z rzadka zabieram głos w sprawach poważnych. Zwykle, kiedy Internet zaczyna kipieć, a na okładkach gazet pojawiają się nagłówki od których marznie się od środka, słowa więzną mi w gardle. Czuję, że cokolwiek powiem, będzie małe, głupie i nieważne.
Drażnią mnie wtedy wypowiedzi, zwłaszcza znajomych - ten czy ów ledwo od ziemi odrósł, a tu już sadzi się na autorytet. Później doznaję refleksji, że w gruncie rzeczy nie jesteśmy już takimi smarkaczami. Nawet u władzy dokonuje się przecież wymiana pokoleń; smarki młodsze ode mnie zostają burmistrzami.
Świat zmienił się bardzo, kiedy byłam małym szczylem i nie zdawałam sobie do końca sprawy z tego, co się dzieje. W sklepach pojawiły się chipsy i cola, a w ludziach przeplatał się lęk z nadzieją. Mam wrażenie, i mam nadzieję, że błędne, że teraz świat zmienia się znowu, na odrobinę straszniejszy i bardziej agresywny, a terroryści w Paryżu to tylko jeden z objawów. Skłonna jestem złożyć takie myślenie na karb nałogowego czarnowidzenia. Bywam ekspertem w martwieniu się na zapas, a złe rzeczy dzieją się wszędzie, na całym świecie, nie od dziś.
Nie sądzę, abym kiedyś wyjaśniała, dlaczego piszę książki przygodowe, i to w dodatku (bywa) z humorystycznym zacięciem. Otóż zdaję sobie sprawę z tego, że świat jest w gruncie rzeczy mroczny i niebezpieczny, a życie trudne, nawet jeśli mamy szczęście mieszkać w miejscu, gdzie (nadal) nie boimy się wyjść do spożywczaka. Czytanie lekkiej literatury to przynajmniej eskapizm, ale może stać się czymś więcej. Nie chodzi tutaj o chwilową przyjemność, bo w naszej kulturze przyjemność można sobie zapewnić rozlicznymi środkami. Poza tym wrażenia są ulotne, szybko mijają. Nie próbuję też przekazywać przepisów na Polskę, jak to się często dzieje w naszej literaturze, bo kucharka ze mnie kiepska i mogłabym przesolić...
Lekkie powieści zapewniają pożywkę dla wyobraźni. Namysł, refleksja, współodczuwanie z bohaterami, dowcip, dramat, nadzieja. Wyobraźnia chroni przed złem na tyle różnych sposobów, że można by o tym napisać osobny esej. Po drugie, są rzeczy, które powinny zostać nazwane, wyrażone i wykrzyczane - a może ujęte w bezpieczną konwencję. Wtedy właśnie stają się odrobinę bardziej znośne.
I darujmy sobie, nie robię tego altruistycznie i nie mam w sobie tyle ego, aby uważać, że ratuję świat. Pierwszym czytelnikiem jestem przecież ja sama.
Powieść to jeden ze sposobów walki z mrokiem. Ale są przecież inne metody. Inne poletka ludzkiej twórczości. Należy do nich satyra.
Parę zdań więcej i zaplączę się tak, że nie wybrnę do Wielkanocy, stwierdzę więc tylko, że kiedy piszę „Je suis Charlie” nie odczuwam tego jako pusty slogan.
I bardzo boję się ciemności.
Monday, 5 January 2015
Coś od kuchni, czyli autorskie boje z etnicznością
Odbijająca się tu i ówdzie czkawka newsa o czarnym Bondzie sprowokowała mnie do zastanowienia się nad własnymi bohaterami oraz etnicznością tychże. O ile z bohaterem hollywoodzkim jest zasadniczo prosto, o tyle postać literacka jest zwykle stworzona z całym dobrodziejstwem inwentarza i pochodzenie etniczne jest jej integralną częścią tak samo, jak manieryzmy, kompleksy i ogólnie charakter. Nie da się bohatera tak po prostu przemalować - to by było tanie. No ale czasem twoją książkę kupuje Hollywood, zaczynają obstawiać aktorów i powstają zasadnicze kłopoty związane z odtwarzaniem postaci fikcyjnych oraz przyrodzonymi właściwościami branży filmowej.
Niebiałe postacie, tak z definicji, mam. W Farewellu, chociaż akcja dzieje się w zmitologizowanej Ameryce, pojawia się stosunkowo niewielu czarnoskórych, bo byłam młoda, mało światowa i cała obsada powstała w czasach, kiedy jedynym znajomym mi Afrykaninem był imprezujący kolega ze studiów, stypendysta z Nigerii. Jako że znajdowałam się w grupie nieimprezujących, zapoznać się nie zdołałam, zamieniłam z nim tylko dwa zdania, kiedy gratulował mi nieprzejednanej postawy w kwestii niepicia alkoholu (jeśli się mnie zna - zero heroizmu...).
Dalsze doświadczenia ze spotykaniem osób innych narodowości, o zróżnicowanych pochodzeniach etnicznych, wykazały, że każdego biologa charakteryzuje chęć spożywania darmowego jedzenia oraz kawy/herbaty, umiejętność robienia prezentacji w Power Poincie i skłonność do zasypiania na wykładach, więc w sumie luz. No ale wypadałoby, że jak się tworzy postać, trzeba jej wrzucić trochę historii zależnej od pochodzenia. Ja oglądałam w dzieciństwie Reksia, a co ten student z Nigerii - dla autora istotna sprawa do rozważenia.
Z innych jest oczywiście pół-Japończyk Lloyd Dark, stworzony z założeniem, że ma powielać wszystkie możliwe klisze badassa z kataną i zobaczymy, czy może przy tym być postacią pełnokrwistą, nawet wyszło. Jest też Raheem, który nie wiadomo jakiej jest rasy, ale nie białej, bo w jego czasach jeszcze nie istniała oraz Sylvia Ryan, która jest stuprocentowo kalifornijską Amerykanką kenijskiego pochodzenia (amerykański uśmiech na pół twarzy, kółeczka z mlekiem na śniadanie i ciało zahartowane codziennym joggingiem) ale obydwie te postacie pojawiają się dopiero w tomach 2 i 3, z czego drugi jest nieopublikowany, a trzeci niedokończony.
No i tak mi wyszło, jak przeglądałam historie postaci i tak dalej, że aktora krwi mieszanej można by obsadzić w roli Eunice. Namalowała mi się kiedyś niedostatecznie rozcieńczonym tuszem i wyglądała tak całkiem nieźle. Kanonicznie, pod tą całą czerwoną farbą, ma włosy buroblond, ale - bądźmy szczerzy - kto o tym pamięta. Jako chyba jedyna z całego zestawu postaci jest zwykłą Amerykanką z klasy, że tak powiem, chłoporobotniczej, o nieokreślonej etniczności. Więc, drodzy hollywoodzcy reżyserzy, jakbyście chcieli filmować Miasto Magów, to możecie obsadzać takich Kreoli, którym bógwico siedzi w genach. O ile się zgodzą ostrzyc na krótko i ufarbować na rudo.
Nie będzie już tak łatwo z Gabrielem (który sporą część wizerunku opiera na tym, że wygląda na blond efeba) oraz Timothym, który jest pełnokrwistym Redneckiem z Teksasu i sprowadzałam z tego powodu książkę o wielkiej suszy w Teksasie napisaną przez rodowitego Teksańczyka. To wcale nie jest tak, że jest mi go łatwiej opisać, niż hipotetycznego Nigeryjczyka.
Z „Asystentem czarodziejki” sprawa przedstawia się w wielu aspektach inaczej.
Przede wszystkim nie mamy do czynienia ze zmitologizowaną Ameryką, tylko fikcyjnym światem, a nawet dwoma - Arborią i Bretanią. Świat ten jest wieloetniczny. I chodzi o rasy i odmiany ludzkie, bo krasnoludów i elfów nie dowieźli. Otóż calutka populacja owego świata wywodzi się od ziemskich kolonistów. Wszystko to się nie wymieszało dlatego, że grup kolonistów było kilka i w czasach daleko przed akcją powieści starały się założyć osobne państwa. W obrębie federacji Arborii mamy więc np. południową Dolorię, którą można z grubsza porównać z Bliskim Wschodem, autonomię Kebra Negast (można zgadnąć że chodzi o państwa afrykańskie), anglopochodny Avalon itp. Z ważniejszych postaci czarnoskóry jest Arcymag Weyland. Gdzieś w trzecim planie pojawiają się inni. Niestety główny cast powstał, zanim wyklarowała mi się wizja świata, więc jest tam raczej biało, a jedna z głównych bohaterek otrzymała ksywkę Czarna Meg nie racji koloru skóry, ale upodobań stylistycznych.
Ale! Ale. Nie mam żadnych przeciwwskazań, aby ów hipotetyczny hollywoodzki (bardzo sławny) reżyser uczynił z Czarnej Meg rzeczywiście postać ciemnoskórą. Pod warunkiem, że nadal będzie wyglądać jak gotka z gniazdem na głowie. Ostatni mój zakup, czyli komiks Rat Queens, dowodzi, że to możliwe.
Napisałam, że w powieści występują dwa odrębne światy, czyli Arboria i Bretania. Ten drugi jest prowincją, która się oderwała od całości kontynentu i znajduje się teraz w innym wymiarze czasoprzestrzennym. Bretania jest rejonem frankofońskim i wszystko tam wygląda z grubsza jak francuski Renesans. Wszyscy się nazywają jak Francuzi (biorąc poprawkę na moje poczucie humoru, to znaczy uważam, że kawaler Burak, kapitan Świstak i diakon Ogórek brzmią bardzo dobrze po francusku), z wyjątkiem kilku zaplątanych, którzy mają niemiecko- lub anglojęzyczne nazwiska.
I tutaj mam pewien kłopot, bo my (tzn. polscy - oraz czescy! ^_^ odbiorcy, chciałabym mieć innych) widzimy Europejczyków, a i bohaterowie nie zwrócą uwagi na sytuację, która wydaje im się naturalna. Otóż to nie jest prawdziwy francuski Renesans. Mamy do czynienia z potomkami kolonistów francuskojęzycznych Ziemian. Co prawda ciemny blondyn, taki jak Vince, nie należy do rzadkości, ale w ogóle Bretańczycy występują we wszystkich barwach, najczęściej pośrednich i wymieszanych. Cały czas zastanawiam się, czy to podkreślać i gdzie o tym wspominać. Będę nad tym myśleć przy poprawkach - trzeba w końcu nakreślić pewien klimat, i to dostatecznie subtelnie.
Za to znacznie łatwiejszą pracę ma reżyser hollywoodzki, co bardzo mnie cieszy. Czekam już tylko na wykup praw do filmu i będę bogata! Znaczy. Zaraz. Najpierw muszę to jeszcze dokończyć i wydać…
Thursday, 25 September 2014
Food for thought
Today I’m going to write about something much more mundane than literature or science. Olga Mecking recently wrote an article about weird Polish foods. I was thinking about it today, when I visited my institute’s cantina. A postdoc must eat; it is known. All over the world the university and institute cantinas provide food for the busy researcher, all according to the local culture. In France, you will eat at a restaurant level for a few euros. I don’t know about United States, but one of the visiting PIs was genuinely surprised that our university restaurant serves real potatoes. “What? Potatoes? Like, not from a powder? Somebody actually peels them every day?”. I suppose there’s some good food in the US, it’s just more expensive.
Poland falls somewhere in the middle. The food is fresh, cheap and made from healthy ingredients. Polish kitchen, however, is not French cuisine - you will get a hearty, simple and tasty meal for your polish zlotys, rich in sauces, meat and with an obligatory salad. Vegetarian meals are a relative novelty at the institutes, and they mostly consist of some noodles with some vegetables. You can also assume that if not mentioned straight away, the meat is pork. The cantina itself usually resembles a regular old-fashioned restaurant, the plastic trays are rarely used and the dishes are not on the display, except for salads.
Traditional salads are made from raw veggies and supplemented with sugar and cream or mayonnaise - pick lettuce salads if you want to avoid it, it often goes with the vinaigrette sauce. Sometimes there are cooked veggies to choose as a salad. I’ll avoid sugar and cabbage in my salads (I’m, uh, cabbage intolerant. No cabbage. Just not.) and that is enough to exclude a lot of them, and it’s the reason I visit the cantina in the neighboring institute, where they have a good choice of veggies.
It’s not lactose free, it’s not gluten free, it contains a lot of animal protein and fats, but somehow if you refrain from eating additional sweets (and avoid fries), you don’t put on weight. You don’t lose it, either. It keeps you going through a busy day.
Below is the today’s Polish cantina menu. It changes each day. Keep in mind that it’s a rather luxurious institute cantina, mostly for the researchers. Students eat elsewhere.
ZUPA (Soups)
Grochowa - Pea soup
Made of split peas, with some bacon or kielbasa, hearty and filling. Polish soups are not pureed, unless mentioned otherwise, so there are pieces of veggies and peas inside.
Szczawiowa z jajkiem - Sorrel (spinach dock) soup with an egg
Sorrel is a herb and a vegetable. It has a distinct sour taste. You can make the dish using the wild herb, but generally it’s cultivated. The soup is sour, with the addition of cream and a hardboiled egg.
ZESTAW (Lunch set)
A full lunch/dinner consists of a soup, a main course and a salad. It’s a bargain, but it’s also a lot of food. Today’s zestaw is composed of pea soup, steamed pork ribs, potatoes and a salad. It could feed a soldier. Sometimes it feeds me.
Dania z grilla (grilled dishes)
Not all cantinas have a grill, so it’s a feature.
Karkówka, surówka - pork chuck steak, salad. Not recommended to people on diet or having problems with digesting fat meats.
Filet z kurczaka, surówka - grilled chicken breast, salad. That’s one simple enough.
All of these come with a starch staple of choice (rice, potatoes, kopytka - a polish variant of gnocchi, fries, buckwheat kasha or pearl barley kasha - these are mentioned at the bottom of the menu).
Main courses:
Kurczak po meksykansku, surówka - Mexican chicken, salad
OK., a crash course in the cantina dishes all over Poland. If it’s called Mexican, it contains bell peppers, paprika, red beans and possibly sweet corn. If it’s called Italian, it contains tomatoes and cheese. If it’s called Hawaiian, it contains a slice of pineapple. Don’t expect anything sophisticated. It can be tasty, though.
Penne ze szpinakiem i pomidorami (excuse me, but I won’t repeat “surowka” all over menu, by now you know it’s salad). - penne pasta with spinach and tomatoes. It’s a vegetarian dish. It will also probably leave you hungry, as these are thought to be diet dishes, so order a soup. This is also not a classic Polish dish. By the way, a word of warning to the Italians. All pasta dishes, especially spaghetti Bolognese, are not what you’re used to. I like it, I will order it, but an Italian will probably shudder. So… go for the local dishes, don’t try our versions of yours.
Sztuka mięsa, sos chrzanowy - boiled beef with horseradish sauce. It’s a classic Polish dish and it’s good. It will remind you of wasabi (all commercial wasabi is made of horseradish). The sauce is very mild, creamy, more sweet than sharp.
Kotlet z ciecierzycy, sos - a vegetarian dish. Chick pea croquette with sauce, covered in breadcrumbs. It’s an invention of this particular cantina, and I haven’t tried it yet.
Chrupki z kurczaka, sos - fried chicken nuggets with sauce. Ah, a familiar one? Or a variation. It’s covered in corn flakes and made of non-minced chicken meat.
Naleśnik po meksykańsku - Mexican pancake. Yes, you guessed it - it’s made with the same sauce as the mexican chicken. It’s probably good. It comes without the supplementary starch dishes. It’s a pancake, d’oh.
Sznycel drobiowy z pieczarkami - chicken cutlet with mushroom sauce (champignons). For those who don’t know - Polish people eat mushrooms and collect mushrooms. It’s a huge industry, and a hobby for some. If you find mushrooms in a cantina dish, don’t be afraid, they are bought commercially and they are safe. Pieczarki are a cultivated variety, they are grown and you probably know them. If the cantina uses the word “grzyby” or “grzybowy”, the dish contains wild mushrooms (dried or fresh ones) or possibly mushroom powder mixed with champignons, this is a cheap version. “Kurki” are chanterelles. “Sos kurkowy” is chanterelle sauce. It is possible to eat them seasonally in an ordinary cantina, if lucky. The dish will be more expensive.
Kotlet schabowy - pork cutlet. Leaner meat than the chuck steak. It’s mashed up a bit, covered with egg and breadcrumbs. It’s always what it says on the box. You want Polish traditional food and you want to be sure what this is, order kotlet schabowy. Not sophisticated at all, but very filling.
Dodatki w cenie dania - supplementaries of choice, in the price of the main course. As I mentioned - rice, potatoes, kopytka, fries, buckwheat kasha or pearl barley kasha. Kashas are great with sauces. I’m a fan of buckwheat, it’s tasty and it’s diet food. It has a recognizable smell, you love It or hate it.
Prices are in polish zlotys. 1Euro = 4.2 polish zloty (PLN)
Salads are not written up here on the menu, they are on the display. There was a choice of four different ones, two traditional and two “inventions” containing, among other goodies, sunflower and radish sprouts. The dips of your choice - vinaigrette or mayonnaise sauce - are free.
I can usually manage a full main course without the soup and I’m stuffed. Keep in mind that I’m a tiny female, though always hungry, so your mileage may vary. There are fruits (mostly apples), homemade cake and coffee for additional monies (And kompot. I totally forgot about kompot, a sugary drink made of boiled fruits, served at the room temperature or warm. It's an all-time cantina classic.). You can also order a take-away meal. So, see you on a postdoc in Poland!
And bon apetit!
Thursday, 18 September 2014
Na co mi to czytanie
Spromptował mnie post Kiciputka, który zasadniczo nie jest o tym, tylko o internetowych (i nie tylko) snobizmach. Osobiście w kwestii kultury jako takiej zgadzam się ze Zwierzem. Gram w rzeczy rozmaite, czytam książki i komiksy, oglądam filmy - tego chyba najmniej, bo jestem mało filmowa. A nie, przepraszam, najmniej teatr. Z teatru mało co mi podchodzi, najczęściej jest smutny jak polska szkoła plakatu. Nie mam nerwów na smutne rzeczy.
Książki jednak cenię najwyżej. Nie znaczy to, że czytam aż tak często, jak niektórzy blogerzy. Moja tegoroczna lista nie jest nawet szczególnie długa, chociaż to się potrafi wahać. Czytuję w zrywach - kilka książek z rzędu, a potem przerwa, bo mnie zamroczyło. Jak zobaczycie poniżej, nieobce są mi etapy rzutu na konkretnego autora (Dumasa i Sandersona żarłam odpowiednio w zeszłym roku i dwa lata temu, teraz tylko dogryzam). Poza tym zdarzają się pozycje całkiem bez sensu, zwłaszcza ten moment, gdzie najpierw czytam tom drugi cyklu Nancy Kress, a potem pierwszy i trzeci (wyjaśniam - najpierw kupiłam drugi na taniej książce, a potem stwierdziłam, że może uzupełnię). „O, tania ksiązka! O, całkiem bez sensu, rozpada się w rękach, o, kosztuje dwa złote. Pewnie, że biorę.” Parę lat temu był taki moment, że się dowiedziałam o powstającej ekranizacji Atlasu Chmur, szybciutko go pożyczyłam, zanim inni to zrobią, przeczytałam… a pół roku później… zapomniałam pójść do kina na film. Nie wzgardziłam. ZAPOMNIAŁAM. Bo to całkiem typowy u mnie objaw, jeśli o filmy chodzi, nawet jeśli mam swoje ukochane i całkiem niedorosłe dzieła.
Czego szukam w książkach? Jak zrozumieć kogoś, na kogo literatura rzeczywiście ma spory wpływ? To się chyba sprowadza do odpowiedzi na pytanie: jak czytam?
- łapczywie i niedokładnie, albo przeciwnie - powoli, akapit po akapicie. Dostosowuję tempo do książki. Nielinearnie, wątkami bohaterów w książkach wielowątkowych. Kiedy się zdenerwuję, sięgam na koniec i sprawdzam, kto zginął. Nie róbcie tego w domu. Dzięki czytnikowi na nowo odkryłam suspens, bo tam się tak nie da.
- subwokalizuję. Podobno nie da się wokalizować i czytać szybko, ja się kiedyś testowałam i wychodzi mi bardzo szybko. Czyli wyobrażam sobie głosy bohaterów i narratora szybciej, niż w czasie rzeczywistym (i nie, nie mówią jak chipmunksy). Poza tym przyroda, znaczące pauzy, nawet podkład muzyczny tam, gdzie trzeba - pełen wypas.
- wizualizuję. Oczywiście równocześnie z wokalizacją. I nie, Kiciputku, nie masz racji - można sobie wyobrażać rzeczy, których się nigdy w życiu wcześniej nie zobaczyło. Dobrze sformułowany opis rozkręca ciągi skojarzeniowe daleko poza ten opis wychodzące, na tym zresztą polega fenomen współtworzenia książki przez czytelnika. Czasem dobrze utrafione dwa słowa dają perspektywę, która miesza z glebą, podobnie jak muzyczna puenta dopełnia utwór. Na pewno składa się toto z fragmentów znanej rzeczywistości, ale są one bardzo starannie wymieszane i wyrastają poza rzeczy dobrze znane. A gdzie mi nie dostaje wyobraźni wizualnej, wchodzą dźwięki i pojęcia abstrakcyjne.
- wyobrażam sobie bodźce z zakresu dotyku, węchu i smaku. Kiedy bohater odczuwa zimno, mnie też jest jakoś chłodno. Tak, kiedy czytam Expansę, robi mi się niedobrze. Istnieje kilka książek, które mają tak wysoki fuj faktor, że ciepnęłam nimi w cholerę i nie wrócę. Leviathan Wakes był blisko, ale jest za dobry, żeby nim ciepnąć.
- emocje! Te filmowe są zazwyczaj silniejsze, ale bardzo krótkotrwałe, bo wywoływane za pomocą pewnych tricków (muzyka, popłakany bohater, Obcy kogoś wyżarł). No dobrze, artystyczne filmy robią to artystyczniej. Ale nadal te książkowe są nieco głębsze, zniuansowane, choćby dlatego, że scena musi trwać dłużej. Głęboko identyfikuję się z bohaterami (dlatego nie lubię książek z bucowatymi bohaterami. Kto by tam się chciał identyfikować z bucem). Przeżywam ich problemy jeszcze kilka dni później. Natomiast w grach… e… nie zauważyłam tego elementu. Nie potrafię współczuć enpecom (może czasem, trochę). Przyzwyczajam się do nich, ale kiedy mnie raczą tym samym tekstem po raz pięćdziesiąty, albo utykają w drzwiach, naprawdę trudno ich traktować inaczej, niż jak manekiny. Prawdę mówiąc gram, kiedy nie mam siły na emocje. Oznaką tego, że jestem bardzo wyczerpana psychicznie jest dłuższa przerwa w czytaniu.
- abstrakcje. Sense of wonder. Czasem autor zadaje zagadkę filozoficzną. Najczęściej w formie puenty całego utworu. Przeważnie dzieje się to w książkach science-fiction, ale różnie bywa.
- melodyka. Najtrudniejszy aspekt do opisania i być może osobisty. Otóż słowa tworzą melodię. Są pisarze, których czyta się tak, jakby słuchało się muzyki (równocześnie wokalizując narratora i bohaterów, wizualizując itp. - wyobraźnia nie ma tych ograniczeń, co media). Swoją drogą fortepian ma bardzo podobne właściwości, co melodia słów, punktuje dokładnie tak, jakby ktoś mówił. Może ktoś z was ma podobne wrażenia podczas czytania.
- wszystkie wyżej wymienione aspekty odnoszą się w podobnym stopniu do książek niebeletrystycznych...
Co jeszcze lubię w książkach?
- są nielinearne. Czytasz ile chcesz, kiedy chcesz, gdzie chcesz, w takim tempie, w jakim chcesz. Nie po kolei, od środka, od końca. Powtarzając opisy. Przefruwając nad scenami, które są nieco za mocne albo mocno za nudne. Nigdzie się nie spieszysz.
- są niewymagające. Nie istnieje książka, która robi co każdy rozdział test z treści, a jak go nie przejdziesz, to się zamyka. Nie ma książek, które zostawiłam na wiele miesięcy, bo ich nie mogłam przejść. Ani takich, które każą sobie płacić za małe dodatki wsadzane w środek. Jak już, to za kolejną książkę - dużo mniej, niż za sequel gry! Nie potrzebują prądu (nawet czytnik żre go bardzo malutko). Nie trzeba się koncentrować na ekranie. Stracisz koncentrację, to potem wrócisz do tego samego zdania. Nie ma jedynego słusznego sposobu czytania książki. Kompletny luz.
- są ogromne. Film, tak na ilość, to tylko rozdział książki. Skrótowiec. Ekstrakt. Pewne rzeczy się nie zmieszczą, więc hobbici nie mają czasu śpiewać w kąpieli, a Gandalf pożartować. A weź zekranizuj cykl książek. Jak łatwo zgadnąć, od pełnometrażówek wolę seriale, ale one mają własne problemy, czyli…
- książki nie znają ograniczeń. Nieważne, ile zawarto w nich efektów specjalnych, budżet jest zawsze ten sam. Gęstość informacji również może być znacznie większa, niż w innym medium.
- mają tyle fabuły, ile się autorowi zmieściło, a nie ile developer gry potrafił upchnąć w scenariusz, żeby nie znudzić szerokiej publiczności. A czasami wcale nie mają fabuły, tylko są na przykład zbiorem esejów i to też jest dobre. Albo są książkami naukowymi i otwierają nowe światy w zupełnie inny sposób.
- bywają przedziwne i najdziwniejsze. Nawet bardzo dziwne filmy są mało dziwne w porównaniu z naprawdę dziwnymi książkami. Oj, dziwności wy moje.
- dwa słowa: gra słów. Słowa - perełki. Stare słowa. Ciekawe słowa, do obracania na języku. Słowa, które ma się ochotę wydłubać ze strony, wrzucić do skarbca i na nich leżeć.
Na koniec: kultury używam podobnie jak Zwierz, łapczywie i szeroko. Książki zaspokajają potrzeby, na które nie odpowiadają inne media, ale są też potrzeby, dla których inne media są lepsze. Gry strategiczne dają łagodną „mózgową” rozrywkę bez angażu emocji, gry cRPG - odmóżdżoną rozrywkę bez angażu czegokolwiek i odpowiadają na potrzebę zbierania świecących i kolorowych rzeczy. Czasem mają funkcję towarzyską (w GW2 gram z przyjaciółmi). No i oczywiście gry są bardzo długie i można w nie pykać przez wiele miesięcy po trochu. Filmy pobudzają wyobraźnię wizualną, ale także są dobre do oglądania w towarzystwie i wtedy cieszą najbardziej. Żywe RPG to rozrywka towarzyska i radosna improwizacja wyobraźni. I tak dalej, i tak dalej.
A to jest moja lista. Pierwsza w życiu. Częściowo chronologiczna i niezbyt długa. Zauważyłam, że bestsellery czytuję w okolicach poświątecznych, bo pączkują i ktoś zawsze je ma, a książki w lengłydżu na wakacjach, bo napadam na biblioteczki przyjaciół. Tak, czasami czytam, bo leżało obok. W tym roku akurat nie złapałam żadnej fazy na osobliwości, ale to jeszcze może się zdarzyć, bo idzie jesień.
1. Uczta dusz, C.S. Friedman
2. Skrzydła gniewu, C.S. Friedman
3. Dziedzictwo królów, C.S. Friedman
4. Anioł w kapeluszu, Małgorzata Kalicińska
5. Krwawa Zemsta, Joanna Chmielewska
6. Bezduszna, Carriger Gail
7. Świt czarnego słońca, C.S. Friedman
8. Nadejście nocy, C.S. Friedman
9. Korona cieni, C.S. Friedman
10. Way of Kings, Brandon Sanderson (pl - Droga królów) (tom 1)
11. Words of Radiance, Brandon Sanderson (tom 2)
12. Wszechświat kontra Alex Woods, Gavin Extence
13. Wyspa mgieł i wichrów, C. Centkiewicz
14. Para w ruch, Terry Pratchett
15. Shirley, Charlotte Bronte (po polsku, jeszcze aż tak mnie nie pogięło)
16. Żebracy nie mają wyboru, Nancy Kress
17. Dwie Diany, Aleksander Dumas, t. 1
18. Jej wszystkie życia, Kate Atkinson
19. Hiszpańscy żebracy, Nancy Kress
20. Żebracy na koniach, Nancy Kress
21. Dybuk, Szymon An-Ski
22. Wearing the Cape, Marion G. Harmon
23. Saga, t1, t2, t3 (komiks - album - nie wiem, czy to liczyć jako książkę)
24. Skin Game, Jim Butcher
25. Leviathan Wakes, James S.A. Corey
26. Brain bugs (drugi raz), Dean Buonomano
27. Rzeki Londynu, Ben Aaronovich
28. Kolekcjoner światów, Ilija Trojanow (w trakcie).
29. Związek żydowskich policjantów, Michael Chabon (w trakcie)
Monday, 5 May 2014
Dlaczego żyję
Dwie siostry mojej prababci zmarły na błonicę. Prócz nich prababcia miała jeszcze dziesięcioro rodzeństwa, co w tamtych czasach należało do powszechnych strategii przetrwania. Dziś błonicy w Polsce nie ma. Jej przypadki nadal zdarzają się w Rosji i na Ukrainie, co - w związku z obecną sytuacją polityczną - powinno nas niepokoić.
Moi rodzice jako dzieci mieszkali w Warszawie podczas epidemii polio. Szczepionka była nowością i jeszcze nieobowiązkowa. Moja mama, córka nauczycielki, została zaszczepiona. Jej kolega nie. Znałam go dość przelotnie. Do końca życia jeździł na wózku, ledwo poruszał rękami.
Mój najmłodszy brat urodził się w 1990. Kiedy miał zaledwie kilka miesięcy, przez moją szkołę przetoczyło się kilka epidemii. Złapałam wszystko, co się dało i pozarażałam rodzinę. Ospę wietrzną brat przeszedł lekko, ale różyczka… powiedzmy, że niewiele brakowało. Kiedy więc wprowadzono szczepionkę MMR, mama natychmiast zaprowadziła go do lekarza. Kuzynka nie zdążyła zostać zaszczepiona. Zachorowała na świnkę z powikłaniem w postaci zapalenia opon mózgowych i dobrych kilka dni przeleżała w szpitalu, utrzymywana w śpiączce farmakologicznej, żeby zapobiec uszkodzeniom mózgu. Wyszła z tego cało, ale możecie sobie wyobrazić, jakie to przejście dla czterolatka - i rodziców. Tak, te choroby są ogólnie lżejsze niż błonica i polio. Dlatego właśnie szczepionki na nie opracowano w dalszej kolejności. Mimo to zawsze istnieje ryzyko powikłań.
Co wszystkie powyższe plagi mają ze sobą wspólnego? Ano można im zapobiegać za pomocą szczepień ochronnych.
I nie mieści mi się w głowie, że niektórzy ludzie unikają tej prostej profilaktyki.
Jeśli chodzi o mnie, bez pomocy nowoczesnej medycyny umarłabym jakieś dwa albo trzy razy, nie licząc nawet infekcji, których nie nabawiłam się dzięki szczepionkom. Raz prawie załatwiło mnie zatrucie pokarmowe, drugi raz złapałam zapalenie płuc, a trzeci raz - szkarlatynę. Tę ostatnią całkiem niedawno, kilka lat temu, kiedy pracowałam w Centrum Onkologii. To jest takie miejsce, gdzie każdy najmodniejszy zarazek w mieście rozprzestrzenia się jak pożar lasu wśród pacjentów z obniżoną odpornością.
Moja odporność nie jest patologicznie obniżona, tylko po prostu kiepska od urodzenia. Jako dziecko kilkakrotnie przechodziłam zapalenie oskrzeli, mam tendencje do łapania łagodnych skądinąd infekcji, które u innych przechodzą po kilku dniach, a u mnie ciągną się i ciągną. Tacy ludzie jak ja stanowią słabe ogniwo w rozprzestrzenianiu się chorób zakaźnych. Wszystkim się zarażę i wszystko rozniosę. Dlatego co roku szczepię się na grypę, pilnuję też aktualności moich szczepień na żółtaczkę. Przechodziłam ospę wietrzną, świnkę i różyczkę, a na wszystko inne jestem kompleksowo zaszczepiona. Wam się wydaje, że to są łagodne choroby dziecięce - i owszem, dopóki w rodzinie nie ma kogoś chorego na raka. Pacjenci z nowotworami na takie niewinne choroby umierają.
Na szkarlatynę nie ma szczepionki. Gdy zachorowałam, pokornie zostałam w domu, łykając antybiotyki. Zaczęły działać jakieś dwa czy trzy dni po tym, jak wzięłam pierwszą dawkę. Zwykle w tym momencie zaniepokojeni rodzice sięgają po homeopatię albo inne placebo. Tymczasem antybiotyk nie jest magicznym eliksirem i musi wybić pewną ilość bakterii, zanim efekty staną się widoczne. Co więcej, trzeba go brać zgodnie z zaleceniami lekarza i nie przestawać mimo dobrego samopoczucia, inaczej wyselekcjonujemy w naszym organizmie niedobitki oporne na antybiotyk. I owszem, trzeba po takich przejściach dochodzić do siebie przez kilka tygodni. Podczas gdy chorobotwórcze bakterie nas żrą, antybiotyk zabija nasze dobroczynne bakterie w jelitach (żeby przyspieszyć odbudowanie flory bakteryjnej, wystarczy zażywać suplementy, jeść kiszoną kapustę, pić jogurty itp.). Ale efekt jest taki, że przeżywamy. Szkarlatyna może zabić - umarł na nią Jim Henson, który lekceważył objawy przez miesiąc i pojechał do lekarza dopiero, gdy kaszlał już krwią.
Jestem doskonale świadoma, że sama należę dokładnie do tej części populacji, która - pozostawiona siłom natury - ulegałaby naturalnej selekcji. Bo to, co naturalne nie zawsze jest zdrowe. Cykuta jest naturalna. Choroby, zarówno dziedziczne, jak i zakaźne, są naturalne. Rodzina z trzynaściorgiem dzieci, z trzech matek (dwie zmarły przy porodzie), z czego dwójka z tych dzieci umiera na błonicę - to też jest naturalne.
Gdybym przyszła na świat w rodzinie odrzucającej nowoczesną medycynę, byłabym już martwa. Zachowując odpowiednie środki ostrożności, być może dożyję dziewięćdziesiątki. Mój organizm niespecjalnie lubi się z naturą - od treningów dostaję kontuzji, od cudownych diet sraczki, a od ziołowych leków - alergii. Ale mam całkiem spore szanse, jeśli będę dbać o zdrowie. To znaczy: zdrowo jeść, umiarkowanie ćwiczyć, ale przede wszystkim zapobiegać chorobom zakaźnym i je odpowiednio leczyć.
A zatem będę uciekać się do tych strasznych chemikaliów, gdy zajdzie taka potrzeba. Co roku szczepić się na grypę, brać antybiotyk, jeśli dopadnie mnie angina. Co stracę? Iluzję, że pod wpływem cudownych diet i terapii placebo przeistoczę się w doskonałą istotę ludzką, jak z katalogów podrasowanych fotoszopem. Ale przeżyję.
Czasami, naprawdę, tyle wystarczy.
Sunday, 4 May 2014
Why I'm alive
My greatgrandmother’s two sisters died of diphtheria. She also had ten other siblings, which is how people survived in the old days. Diphtheria is eradicated in Poland. Not so in Russia and Ukraine, and with current political situation, perhaps we should be worried.
My parents were kids in Warsaw during the polio epidemics. Polio vaccination was a new thing, and not obligatory. My mom, a teacher’s daughter, was vaccinated, while her friend was not. I knew him only briefly. He used a wheelchair, and barely moved his hands.
My youngest brother was born in the ’90s. When he was a few months old, epidemics swept through our school, I caught it all, and spread it further. Chicken pox, he had only a few spots. But the rubella… let’s say I’m glad he survived. He was promptly vaccinated with MMR the same year it was introduced in Warsaw. My cousin wasn’t. She got mumps-related meningitis and had to be kept in pharmacologically induced coma so her brain would not fry. Quite an ordeal for a 4 year old. Yes, these diseases are milder than diphtheria and polio, that’s why people started to work on vaccines after the big scares were contained. Still, complications happen.
What all these diseases have in common? Right now they are all preventable with vaccinations.
And it boggles my mind that some people refuse it.
As far as I remember, without modern medicine I would die two or three times, not even counting the diseases I did not catch due to vaccinations. Once from food poisoning, once from pneumonia and once scarlet fever - the last one I caught while working in a cancer center a few years ago, where every fashionable microbe in the city spreads across immunocompromised patients like wildfire. Myself, I am not immunocompromised, but I was born with below average immunity. I had multiple bronchitis as a kid, I catch mild infections that go on, etc. People like me easily become vectors if not vaccinated, so I take care to keep my flu and hepatitis shots up to date. I had chicken pox, mumps and rubella and I’m vaccinated for pretty much everything else. You consider that mild childhood diseases unless you have a cancer patient in the family, which happens more often than you think. And cancer patients simply die from these.
You can’t vaccinate against scarlet fever, which is why I stayed home and dutifully took antibiotics. They kicked in two or three days after I started taking them, which is the moment when many impatient parents resort to homeopathy or other placebo treatments. It’s not a magic bullet, they have to kill enough bacteria to work. And you have to take them as prescribed, because otherwise you select antibiotic-resistant bacteria in your body. And yes, then you have to recover for weeks, because while the disease ravages your body, the antibiotic kills your gut bacteria (for which I recommend taking your supplements, and also fermented foods popular in your culture). But you live. Unlike for example Jim Henson, who died from the very same infection that I had treated.
So, I am aware that I’m precisely that part of population that would fall prey to natural selection if left to the forces of nature. Because natural doesn’t always mean healthy. Hemlock is natural. Heritable and infectious diseases are natural. A family of thirteen kids, from three different mothers (two died in childbirth), and two of those kids die of diphtheria - this is natural.
Born into an anti-medicine family I would be already dead. With proper care I will perhaps live into my nineties, despite a non nature friendly organism that gets injuries when exercising, diarrhea when dieting and allergies when trying herbal medicaments. And proper care means eat well and exercise (moderately) - but above all prevent and treat diseases when they occur.
So I will continue to take the evil chemistry when I need it. Get flu shots every year, antibiotic for an occasional angina. I will not share the illusion of transforming myself into a perfect human being with wondrous diets and magical placebo treatments. But I’ll survive.
Sometimes, it is just good to be alive.
Subscribe to:
Posts (Atom)
