Monday, 17 August 2026

Dziwne owoce! Gujawa i inne.

 Ponieważ wszyscy bardzo potrzebujemy lekkich wiadomości, dziś kolejny post z cyklu "dziwne owoce", które publikowałam na stronie autorskiej po każdej wizycie na Buford Highway Farmer's Market. 

To znaczy, może od początku: przy ulicy Buford Highway w Atlancie mieści się dzielnica zasiedlona przez amerykańskich Azjatów oraz imigrantów (i Amerykanów kolejnych pokoleń) z Ameryki Południowej. Ta cała bujna społeczność, naturalnie, chciałaby zaopatrzyć się w znajome produkty z całego świata i tutaj właśnie robi zakupy. Polskie produkty też się czasem zdarzają, chociaż więcej jest rosyjskich i od niedawna ukraińskich (korzeń pietruszki czasem jest, a czasem go nie ma, tak jakby ktoś nie wiedział - reszta świata przeważnie stosuje pasternak, który my uznajemy za coś gorszego). Szczególnie dla mnie ciekawa jest alejka z warzywami i owocami, bo o ile produkty paczkowane można sobie importować, to raczej trudno o świeżą żywność. W Polsce można kupić naprawdę wiele ciekawych owoców i warzyw, ale najtrudniej z tropikalnymi, bo się je kiepsko przechowuje (nie wszystkie dobrze znoszą pobyt w chłodni) i wiele z nich jest stosunkowo nieznanych. Inne są importowo trudne ze względu na lokalne smaki (owoc Pouteria sapota dla mnie smakuje jak mydło, nieważne, że dla osób mieszkających w rejonie występowania to pewnie delikates i smak dzieciństwa - z drugiej strony nie spodziewam się, żeby wielką popularność w świecie zyskał nasz agrest). Poza tym jako gatunek wszystkożerny jesteśmy w stanie zeżreć wszystko, więc po prostu różnorodność jest zbyt duża, żeby wszystko znać. I bardzo dobrze, monokultura to zguba bezpieczeństwa żywnościowego.

To po tym krótkim wstępie trzy ostatnie nabytki. Zdjęcia zrobione ziemniakiem, przepraszam, ale nie lubię mieć rat na głowie i nie nabywam telefonów flagowców. 

- gujawa (Psidium sp., to by była chyba Psidium guajava), po polsku nazywana też gruszlą i moim zdaniem pełni funkcję gruszki w krajach pochodzenia, ale o tym zaraz. To moje kolejne podejście do tego południowoamerykańskiego owocu, pierwsze było dość nieudane, bo kupiłam zielone, twarde i kwaśne. Intuicja podpowiadała mi jednak, że to pierwsze wrażenie może być błędne, albowiem gujawa jest opisywana jako owoc deserowy (i my go znamy z dodatków do żywności). Otóż istnieją różne odmiany. Najsłodsza jest ponoć taka różowa w przekroju, ale na razie nie udało mi się jej znaleźć. Ta poniżej jest żółta, miękka i w przekroju biała. Bardzo aromatyczna, słodkawa. Jak się już zrozumie, że nie należy gryźć twardych jak kamyki pestek, zupełnie smaczna. Jest to owoc trochę wytrawny, to znaczy bardzo dobrze pasuje do mięs i serów i tutaj widzę właśnie porównanie z gruszką, również z tego powodu, że można trafić na gruszkę kwaśną i twardą jak kamień, a można na rozpadającą się, słodką konferencję (swoją drogą tej odmiany akurat w USA nie ma). 

Mam przeczucie, że jakiś supermarket w Polsce, Leclerc albo coś, może gujawy sprowadzać od święta, więc można sprawdzić.

gujawa

- mamoncillo (Melicoccus bijugatus), wbrew pozorom nie ma nic wspólnego z inżynierem Mamoniem. Zielona twarda skórka, pomarańczowy miąższ i ogromna biała pestka. Dla mnie trochę skucha. Wiecie, jak jest z liczi - no to tutaj proporcje pestka a miąższ są odwrotne, to znaczy jest go bardzo mało i trzeba go raczej wysysać niż ogryzać. Kwaskowaty i mocno żywiczny w smaku i szczerze mówiąc trochę nie wiem, co z tym owocem zrobić. Ale mojej połówce bardzo smakuje. 

mamoncillo (wbrew pozorom, nie mały Mamoń)

- oraz stary znajomy w innym wydaniu, czyli świeże, niedojrzałe daktyle. Kupowałam już takie odmiany barhi, żółte, bardzo słodkie i chrupkie, ale nie znałam takich zielonych. Te, które znamy ze sklepu są już ulężone i scukrzone, a te jeszcze nie. Wyglądają jak małe zielone rajskie jabłuszka i trochę się z nimi kojarzą smakowo. Są bardzo delikatnie słodkie i trochę gąbczaste.  Internety podpowiadały mi, że ludzie robią z nimi smoothie, ale ponieważ smoothie to raczej nowy wynalazek, poszukałam parę minut dłużej i okazuje się, że w miejscu pochodzenia (w Indiach) raczej marynują je w occie, z dodatkiem czosnku i asafetydy. 

zielony daktyl (do marynowania)

I to by było tyle wieści z Drugiej Strony Świata. Do (niezbyt systematycznego) zobaczenia :>


Thursday, 30 July 2026

Ponownie wyszłam z fb, icoteras :>

 Mam wrażenie, że to się zmienia w czynność mniej więcej doroczną, ale tym razem mój niesmak dotyczy tego, jak wskutek całkowitego nakierowania algorytmów na "zaangażowanie", Meta angażuje się w rosyjską wojnę kognitywną przeciwko Polsce. Decyzja o braku moderacji botów też decyzją. Wiem, jak mocno ten serwis trzyma nas jako zakładników, więc nie winię, jeśli ktoś został dla towarzystwa, a już bardzo popieram, jeśli ktoś się angażuje charytatywnie, ale to jeszcze trzeba mieć na to wolne moce przerobowe. Nie chciałam się przytruwać tym, co się na pewno już z mediów antyspołecznych zaczęło wylewać od rana. Dezaktywacja pomoże mi na pisanie, kontaktować się ze znajomymi mogę w jeszcze inny sposób i na szczęście niczego nie muszę promować na bieżąco (nominację do Zajdla może powinnam tbh, ale i tak nie wiem, jak się do tego zabrać - lepiej napisać coś nowego, bo w tym roku literacko była kompletna plaża, głównie praca nad grantami). 

Mam jeszcze trochę więcej przemyśleń, ale sprowadzają się one do tego, że warto sobie jednak wyhodować alternatywne metody kontaktu ze światem. Może substack jakiś? Ale to musiałabym być, brońcie bogi, systematyczna. 

Sunday, 8 June 2025

O uprzywilejowaniu

Taki felieton napisałam, ponownie na fb. Wywiązała się pod nim dość ciekawa dyskusja, tak że przeklejam z zastrzeżeniem, że to felieton, forma lekka i cała zakwasowa metafora jest mocnym uproszczeniem, bo jak pisze jeden z rozmówców, rozmaite uprzywilejowania się w prosty sposób nie dodają i nie odejmują. 

tldr; Polska to nie Stany. Świat jest złożony. Nie jestem wyrocznią. Inny wniosek: mobilność społeczna jest u nas wyższa.

Zauważyłam taką rzecz: jeśli ktoś komuś wymyśla od uprzywilejowanego, najprawdopodobniej sam jest uprzywilejowany. Jeśli ktoś jest nieuprzywilejowany, zazwyczaj tego pojęcia nie zna (lub zna, ale i tak ma na głowie nieco inny poziom problemow), a zetknięty z nim najprawdopodobniej zaserwuje nam jedną z trzech reakcji 1) nie wiem, nie znam, zarobiony/a jestem; 2) jak to nieuprzywilejowany?! Ja sobie doskonale daję radę i nie potrzebuję żadnej pomocy. 3) a w mordę chcesz?

W ogóle dyskusja w Polsce o przywileju jest skomplikowana. Ja, na przykład, mieszkałam w trzech Polskach. Załapałam się na PRL w stanie rozpadu, na chaos transformacji ustrojowej oraz na w miarę stabilną rzeczywistość po akcesji do Unii. Moja babcia mieszkała w pięciu albo i sześciu, siedmiu Polskach, począwszy od tej przedwojennej i zależy czy dzielimy PRL na epoki. W każdej z nich wywracały się porządki świata i nawet warstwy uznawane za elitarne noszą w sobie taki zestaw zranień, że lepiej nawet nie zaczynać drapać.

Oczywiście istnieją całe rodziny takich, co to zawsze lądowali na miękkim: od szlachectwa, poprzez inteligencję do beniaminków partii, do majątków potransformacyjnych. Istnieją całe rodziny mieszkające na wsi, które nigdy nie załapały się na awans społeczny, jaki rozpoczął się u nas po odzyskaniu niepodległości, ze wszelkimi późniejszymi komplikacjami.

Więc jak w ogóle mówić o przywileju w kraju, w którym nie ma Rockefellerów, majątki były tracone, prapradziadowie zsyłani na Sybir, rodzice internowani, ale za to niektóre roczniki 70 ze znajomością angielskiego mają przewagę zawodową nad rocznikami 80 z dwoma fakultetami?

Czy osoba z biednej rodziny, która doszła do ogromnych zaszczytów jest uprzywilejowana, czy nadal nie? Czy utracjusz z rodziny zamożnej jest uprzywilejowany? Czy dziecko burmistrza małego miasteczka jest bardziej uprzywilejowane od dziecka bibliotekarki z Ursynowa?

Okej, to zacznijmy od tego, co to jest przywilej w warunkach polskich, a przynajmniej jak ja to widzę.

Przywilej to jest zasób, który pozwala zamortyzować burzliwe dzieje losu.

Ostatnio piekę chleby, więc wyobraźmy sobie ten zasób jako wiaderko zakwasu. Za każdą rzecz, która wzmacnia, dokarmiamy zakwas w wiaderku. Za każdą rzecz, którą osłabia, trzeba wyjąć zakwasu z wiaderka i go spożytkować, co można zrobić lepiej lub gorzej. Widzimy już, że przywilej nie tylko jest relatywny. Jest też zmienny. Oraz jeśli jest regularnie dokarmiany, ale nic się z niego nie zabiera, może rosnąć tak, że pospiernicza ze słoika.

Weźmy przykład: wychowałam się na warszawskim Ursynowie, z dobrą infrastrukturą, bibliotekami i transportem. Dokarmiamy wiaderko. Ale były lata 80/90 i hiperinflacja. Zabieramy z wiaderka. W szkołach było przeludnienie i społeczna dżungla, zamykanie w szatni i molestowanie (wtedy nazywane „końskimi zalotami”). Zabieramy z wiaderka. Ale jakiś rodzic miał pieniądze i wyposażył pracownię komputerową. Dodajemy do wiaderka.

Urodziłam się z niezłymi możliwościami umysłowymi. Dokarmiamy wiaderko. Ale mam deficyty społeczne. Zabieramy z wiaderka. I tak można dalej, na wszystko, nie będę wymieniać, summa summarum: moje wiaderko nigdy nie wyczerpało się do końca, dokarmiałam je starannie, jestem w punkcie, w którym mogę jeszcze tego zakwasu trochę pomnożyć. Ale nadal na różne rzeczy muszę wyjmować.

No dobra, a gdzie tu miejsce na własną pracę i bycie kowalem własnego losu, etc.

No można mieć puste wiaderko. Mogło się w życiu zadziać tyle rzeczy, a równocześnie mieć taki punkt startowy, że nie było z czego płacić.

Można w ogóle nie wiedzieć, jak się robi zakwas.

Można mieć niezły punkt startowy, a i tak kończymy bez przywileju, bo się zjadł. Może nawet dlatego, że ktoś jest miernym piekarzem. A może dlatego, że trzeba wyjmować, i wyjmować i wyjmować i czasem święty Boże nie pomoże.

Może przyjść złośliwy los i zapleśnieć cały zakwas.

Można go mieć, ale nie dużo i się nie zdąży namnożyć. Może troszeczkę. Wystarczająco, żeby się utrzymywać na powierzchni.

Można zacząć z poziomu średnio przeciętnego i znajdować okazje, mąkę tanio i być po prostu cholernie dobrym piekarzem. I kończymy z wiadrem, że hoho.

Można mieć wielkie wiadro kurde stuletniego zakwasu babuni nie do za**ania z zapasowymi pomrożonymi słoikami! I jak zapleśnieje jeden, odmrażamy drugi i… ale to chyba amerykańska czy też brytyjska sytuacja.

No i ktoś nam może kawałek dać. I tutaj dochodzimy do końca tej metafory, bo żywy zakwas jest żywy i można się nim dzielić. Kto wie, może ten co go przyjął, umie wyhodować swój.

Więc jak się dwóch kolesi z wielką serią słojów mierzy, który ma więcej zakwasu, a który temymi ręcami karmił, to wiecie co.

Każcie im się iść fermentować.

Sunday, 2 February 2025

Wyszłam z fb, icoteras.

 Gdyby ktoś się zastanawiał, gdzie się podziałam, zdezaktywowałam przedwczoraj konto na facebooku. Prywatne, strona autorska nadal istnieje. To nie jest pierwszy raz, kiedy ewakuuję się z tej platformy i jak poprzednio, nie chodzi o jedno wydarzenie czy też zderzenie z ludźmi, ale całą ich serię. Okoliczności związane z robieniem nauki w Stanach zrobiły się nagle bardzo stresujące – a powiedzenie „przypływ podnosi wszystkie łodzie” może się nie sprawdzać w ekonomii, ale sprawdza się w przypadku poziomu stresu. Jeśli trwasz w dużym napięciu nerwowym, nie masz zasobów na radzenie sobie z pomniejszymi stresami (na przykład takimi, jak spektakularny upadek autora, którym się miało „umeblowany” pisarski pokój).

Miałam trochę czasu, żeby się pozastanawiać nad tym, co robią z naszymi głowami social media, jak zmieniają i spłycają relacje międzyludzkie. I czy naprawdę autor, badacz musi być ciągle obecny online. Nie każdy się czuje z tym komfortowo, nie każdy jest w tej obecności bardzo dobry, nie każdy jest ekstrawertyczny (lub dobrze udaje). Social media skłaniają do gigantycznego poziomu oversharingu, po którym pozostaje kac. Platformy social mediowe robią się coraz bardziej dysfukncyjne, zapchane śmieciowymi treściami wygenerowanymi maszynowo i obliczonymi na podwyższenie temperatury dyskusji. A myślenie wymaga ciszy.

Być może pisarstwo w takiej formie, w jakiej je znałam, już zanikło, przeistoczyło się w hybrydowy gatunek, gdzie performance ma tyleż znaczenia, co sama treść. A największym talentem jest wstrzelenie się w algorytmy. Być może jednakowoż pierniczę. Przypuszczam, że przekonamy się za czas jakiś.

Czy tym razem wrócę, czy nie, to się jeszcze zobaczy.

Wednesday, 8 January 2025

Co właściwie pisze Aleksandra Janusz?

Troszeczkę w ramach przypomnienia się ludziom, odrobinę w ramach tzw. placeholdera, zanim przyjdą mi do głowy nowe tematy na posty. 

 Jakie są moje teksty literackie?

Przede wszystkim oddają moje zainteresowania. Będą zatem "nerdowe" i czasem (no dobrze - często) podejmą temat mojej najnowszej fascynacji. Prócz krótkiej podyplomówki z dziennikarstwa nie mam wykształcenia humanistycznego, więc to jest trochę "literatura inżynierów", ale lubię się też bawić słowem, narracją, stylizacją. Jeśli wam to pasuje, jeśli szukacie nowych ciekawych rzeczy, to je tam znajdziecie.

Piszę też dużo o relacjach międzyludzkich - bo są dla mnie ważne - i czasem podejmuję bardzo ciężkie, emocjonalne tematy. Staram się opowiadać o nich cicho i delikatnie, żeby odpowiednie dać rzeczy słowo, ale one tam są. To tak w charakterze popularnych obecnie ostrzeżeń, czyli "trigger warningów". 

Bardzo rzadko piszę o romansach (do tej pory taki wątek pojawił się tylko raz), jeśli pojawiają się pary, to już takie istniejące. Niewiele też u mnie cielesności, jeśli jest, zaciągam bohaterom zasłonki. Taka preferencja, chociaż niczego nie wykluczam. Coś może kiedyś.
 
Opowiadania są zwykle trochę bardziej eksperymentalne tematycznie i formalnie, niż nowele i powieści. Krótka forma to idealny sposób na zrealizowanie pomysłu, który jest dobry tu i teraz, ale niekoniecznie mam ochotę ciągnąć go przez pięćset stron. Do tego służą powieści przygodowe.

W moich tekstach literackich pojawiają się bohaterowie wszelkich kolorytów i rodzajów. Nie piszę o sobie, tylko o świecie, który mnie otacza, ale bardzo możliwe, że wasz świat wygląda nieco inaczej. Jeśli tak jest, spróbujmy się porozumieć. 

Tuesday, 7 January 2025

Taktyczna kropka.

Po internecie zaczęła krążyć informacja, że FB pozbywa się moderacji i będzie pozwalać na więcej treści związanych z wolnością obrażania się nawzajem (bo wątpię, żeby algorytm zrezygnował z banowania za wykrycie biustu w fotografii porcelany). To jest moment, żeby zacząć trzymać rękę na pulsie, poarchiwizować swoje tobołki i ewakuować się, jeśli atmosfera stanie się zbyt nieprzyjemna. Zarówno X, jak i nawet Threadsy okazały się dla mnie trochę zbyt intensywne.

W tym momencie wyobrażam sobie teoretycznego trolla, który się bardzo cieszy z tego, że nie chcę czytać nieprzyjemnych rzeczy, ale ja nigdy jakoś tego nie ukrywałam. W socjalach jestem dla kontaktu z ludźmi, a nie dla adrenaliny, naprawdę mam dużo adrenaliny w życiu na co dzień, mój prywatny wall cenzuruję zupełnie osobiście, bo nie mam obowiązku wpuszczania do domu każdego, kto mi chce nanieść do niego błota i nie zmieni buciorów na papcie albo chociaż nie wytrze nóg. Docelowo postawię sobie gdzieś własną domenę niezależną od żadnego molocha. Jeszcze tam trochę będę, ale jedną nogą. 

Blog tutaj można śledzić, jeśli chcecie (i jeśli nie mówię właśnie do ściany). 

Friday, 29 November 2024

Trivia itp.

 Wahałam się, czy mam napisać tego posta, bo wyjaśnianie opowiadań to trochę jak wyjaśnianie puenty dowcipów i trochę mi głupio, ale niektóre inspiracje są tylko w domyśle, nie określiłam ich wprost (część osób może wyłapać te megalocerosy i zorientować się, jak bardzo w języku brakuje rolnictwa i metalu, ale reszta to tło i myślę, że warto je podać jako ciekawostki).

"Dlaczego nie ma klanu Kruka" dzieje się w epoce kamiennej. Ściślej mówiąc, jeśli ktoś lubi ciekawostki - jest to przełom mezolitu i neolitu, około 6-7 tysięcy lat temu (w rzeczywistości przejście między środkową a późną epoką kamienną było bardzo płynne i w jednym czasie istniały społeczności bardziej pasujące do jednej lub do drugiej kategorii).

"Wielki jeleń" to oczywiście megaloceros. Fauna i klimat odpowiadają okolicom obecnej środkowej Europy, Węgry, Rumunia, może Serbia. Gdzieś w dolinie dopływów Dunaju. 

Zwyczaje społeczności przedindustralnych, włącznie z technologią (pączkująca ceramika, wbrew pozorom pojawiła się jeszcze przed osiadłym trybem życia) oraz żywą niechęcią do prowadzenia rolniczego trybu życia w plemieniu, któremu się ta sztuka już raz nie powiodła, brałam z Graebera, ale nie tylko. Myślę, że zjawiło się tam całkiem sporo wniosków z lektur ostatnich lat. Ludy pierwotne z ogólnodostępnej popkultury są pisane na jedno kopyto: jest to zwykle kultura z jednym autokratycznym wodzem, bardzo darwinistyczna i bardzo wojownicza. Niewiele wiemy o tamtych czasach, ale patrząc zarówno na znaleziska z wykopalisk, jak i społeczności bardziej współczesne, można zgadnąć, że bywało inaczej i bardzo różnorodnie. Nasz gatunek tak naprawdę nie bardzo się zmienił przez te parę tysięcy lat.

Pomaga, jeśli wyobrażacie sobie narrację jako gawędę przy ognisku, taką, jakie opowiada jeden z bohaterów. Można ją sobie czytać z intonacją. Jest dygresyjna, ponieważ narrator nie postrzega czasu tak, jak my i nigdzie mu się nie spieszy. 

tldr;

fantasy hot pot, kryminał polityczny, tylko z jaskinowcami


Tymczasem coś nowego chyba trzeba, ale najpierw grant...


Thursday, 10 October 2024

Życie na Wyspach Nonsensu

Jest taki komiks, co do którego sądziłam do niedawna, że nie muszę go nikomu streszczać, ale pokolenia się zmieniają, a i nie wszyscy czytali to, co mnie interesowało za dziecia, więc streszczę. Chodzi o Tytusa, Romka i A’Tomka autorstwa Papcia Chmiela. Tytułowy bohater Tytus jest szympansem pochodzenia tuszowego, podobnie jak Kleks Szarloty Pawel (obydwoje, Papcio i Szarlota, zresztą się znali); narysowany przez komiksowy odpowiednik samego autora, pewnego dnia ożył na kartce i zbiegł.  Od tamtej pory przeżywał przygody w towarzystwie i pod opieką dwóch harcerzy, usiłując się uczłowieczyć. 

Książeczki o Tytusie były dydaktycznymi opowieściami dla dzieci, ale w czasach największej popularności komiksu nie istniały działy marketingu ani targety, więc od czasu do czasu ponosiła Papcia wyobraźnia. Jedną z bardziej abstrakcyjnych książeczek jest Tytus na Wyspach Nonsensu, która zresztą była tak popularna, że doczekała się drugiej części. Trzej bohaterowie wybierają się na wyżej wymienione wyspy w ramach zleconej im pracy badawczej i poznają różnice kulturowe; co wyspa, to nonsens. Na jednej z nich obywatelami kieruje przemożna biurokracja, będąca podstawą życia wyspiarzy do tego stopnia, że w okresie dorastania na ich głowach wykształca się pieczątka. Jest wyspa, gdzie wszystko kręci się wokół samochodów i mimo, że wszyscy tkwią w korkach nie przychodzi im do głowy, żeby wybrać inny środek transportu (naturalnie, Papcio czerpał inspiracje ze świata dookoła – korki na Puławskiej pewnie jeszcze nie istniały, ale może autor odwiedził jakiś kraj Zachodu, albo po prostu próbował wyjechać z Warszawy w początkach sezonu wakacyjnego). Jest wyspa nałogowych palaczy i wyspa sportowców. Na każdej z nich, ma się rozumieć, Tytus burzy, łamie lub wykpiwa system; nasz uczłowieczony szympans jest twórczy, nieposłuszny wobec autorytetów i ma bardzo dużo wspólnego z nastolatkiem z ADHD. Być może takim, który potem został artystą komiksowym.

Ponieważ ostatnio w rozmowach tu i ówdzie padł temat nadwrażliwości oraz integracji sensorycznej, wróciłam myślą na Wyspy Nonsensu. 

Widzicie, myślę, że my, nadwrażliwcy, wcale nie jesteśmy tacy niedostosowani. Myślę, że pełnimy rolę kanarka w kopalni. 

Filmy w kinie OBIEKTYWNIE są za głośne. Pomiary potrafią wskazywać na 85 decybeli. Podobnie w supermarkecie. To taki sam poziom hałasu, jak na linii produkcyjnej w fabryce, gdzie BHP powinno rozdać ludziom słuchawki. Taki dźwięk męczy, przeszkadza, a na dłuższą metę uszkadza słuch.

Samochody OBIEKTYWNIE jeżdżą za szybko. Strefę zgniotu w samochodzie testuje się przy 64 km/h. Jazda samochodem należy do najbardziej niebezpiecznych codziennych czynności w życiu, pomijam chodzenie do szkoły w Stanach i narażanie się na strzelaninę. 

Przemysł tekstylny jest OBIEKTYWNIE okropny: odzież produkowana jest masowo bez większej dbałości o warunki pracy, od sztancy; nic dziwnego, że gotowa sztuka ubrania potrafi nie pasować, gnieść, gryźć albo wywoływać alergie od środków utrwalających. Powstała tylko po to, żeby się szybko sprzedać. 

Powietrze w Warszawie zimą nie tylko śmierdzi, ale NAPRAWDĘ szkodzi zdrowiu.

Wiele ludzkich obyczajów NAPRAWDĘ jest okrutnych, a praw - niesprawiedliwych.

Itede itepe. 

Żyjemy na Wyspach Nonsensu, ale tylko niektórzy z nas zostali dotknięci nadwrażliwością sensoryczną, która sprawia, że trudniej przejść nad tym do porządku dziennego. Chciałabym powiedzieć, że to nic złego. Oczywiście, czasem nadwrażliwość sięga takich poziomów, że trudno z nią prowadzić codzienne życie. Ale może mamy do tego prawo. Tak, jak mamy prawo czegoś nie lubić, nie umieć i być z czegoś niezadowolonym. Zajmujemy się swoim życiem, staramy się dostosować do środowiska – czasami to jest trudne i kosztowne. A czasami uderza nas z całą mocą: HEJ, TO JEST JEDNAK NONSENS. Obiektywny nonsens, którego nikt nie kwestionuje, bo ludzie się przyzwyczaili. Taki jest świat, takie życie i co zrobić. 

Czasem warto powiedzieć to na głos; tu jest za głośno dla wszystkich, nie tylko dla mnie; ten park świateł szkodzi przyrodzie; ta firma odzieżowa produkuje niewygodny badziew, a poza tym szkodzi środowisku (szczerze mówiąc, pewnie trzeba by zaorać cały przemysł). Myślę od czasu do czasu o Grecie Thunberg – tak naprawdę trudno powiedzieć, czy jest ucieleśnieniem ambicji rodziców, czy świadomą mieszkanką Wyspy Nonsensu. Na pewno ostre reakcje, z jakimi się spotkała, czy też z jakimi się spotyka każdy, kto podniesie dowolny niewygodny temat, zniechęcają do aktywności. 

Ale nie trzeba dokonywać rewolucji i wygłaszać publicznych przemów; czasem wystarczy porozmawiać (albo narysować satyryczny komiks, albo napisać opowiadanie, gdzie rozdłubujemy społeczny zegarek na śrubki i pytamy, czy to aby oczywiste, że tak właśnie został zmajstrowany). Nie jesteśmy ofiarami, tylko częścią społeczeństwa, jakiekolwiek ono by nie było i mamy prawo w nim żyć, a co więcej – przydajemy się jako kontrola jakości. Tytus de Zoo, po wywołaniu zamieszania, odleci z kolejnej Wyspy Nonsensu, a my tu zostajemy, wśród innych łysych małp. 

Często trzeba się dostosować – ale czasem trzeba rozpoznać, kiedy NAPRAWDĘ nie warto.

Wednesday, 11 September 2024

Harde Bestie, updejt itepe.

Nie jestem wzorem regularności jeśli chodzi o prowadzenie bloga, zwłaszcza, że wraz z rozpowszechnieniem się social mediów blogi zginęły jak lokalne warzywniaki pod naporem Żabek. Mam jednak wrażenie, że powrót do tej formy ekspresji może być konieczny w obliczu tego, co się obecnie dzieje z social mediami (to zjawisko ma nazwę - enshittification). Na twarzoczaszce trudno wykopać posty znajomych spod warstw spamu. Media wodospadowe, czyli threadsy i twitter, są bardzo agresywne i przystosowane bardziej do zwiększania zasięgów dominującego skandalu czy innego trendu, niż rozmów o literaturze.

Nie próbowałam mediów wizualnych, bo to nie mój typ wyrazu (mam dość rachityczny instagram), ale ostatecznie niezależnie od tego, czy pojawi się jakiś inny kanał komunikacji, z którego zacznę korzystać - będzie należał do kogoś innego, używał algorytmu, wprowadzał jakieś dziwne reguły, do których się trzeba będzie dostosowywać i nieustannie wciskał ludziom niusy o celebrytach. Będzie także zaprojektowany jako jeden wielki wir prokrastynacji. Och, jestem demonem organizacji, moje kalendarze mają kalendarze...
... 
...
ekhm. -_-

Tak, że odremontowałam daczę na blogspocie i pewnie zaraz zacznę tu znosić jakąś Ikeę...

TYMCZASEM!

Wkrótce - 25.09, jak już informowałam gdzie indziej - premiera Hardych Bestii, czyli trzeciej antologii grupy Harda Horda (Inne Nieba były projektem hordoubocznym, ale nie liczą się do głównej linii). Inicjatywa, z którą wyszłyśmy kilka lat temu, powstała w zupełnie innym klimacie wydawniczym i społecznym. Mam wrażenie, a przynajmniej mam nadzieję, że coś nam się jednak udało zmienić...
Co będzie się działo dalej? Zobaczymy.
Na konwentach nadal nie będę się pojawiać, bo wciąż pracuję po Drugiej Stronie Świata (w Atlancie), ale postaram się nadrobić generując Treści.

Każde z moich hordowych opowiadań jest samodzielną całością i eksperymentem, zarówno pod względem tematycznym jak i stylistycznym (lubię eksperymenty :>). "Dlaczego nie ma klanu Kruka" wpisuje się w tę regułę. 
Wklejam obrazek (razem z tekstem alternatywnym, jeśli ktoś ma problemy z odczytaniem obrazu). Proszę uprzejmie.


"Wstaję, kłaniam się pozostałym i wychodzę z namiotu Rady. Nieuprzejmie opuszczać zgromadzenie, no ale wola boża, z tym się nikt nie będzie kłócił. Wolałbym wziąć udział w głosowaniu, po trosze jestem jednak wdzięczny bratu, że nie muszę słuchać poprzedzającej je dyskusji, zresztą zdanie mam już wyrobione. Może rozwiązanie kłopotu, który trapi naszego boga, nie zajmie mi wiele czasu. Oddycham świeżym powietrzem. Wiatr niesie zapowiedź wilgoci i chłodu. Deszcz łapie mnie za kaftan, nachyla się do ucha i szepcze przejętym tonem: – Krzemień, Szarotka zniknęła. Nie ma Szarotki. Nikt nie może jej znaleźć. *** Wiecie, że bogowie tak po prostu nie znikają."


Sunday, 8 October 2023

Moja Atlantyda. Latać z kotem samolotem.

 Jak się leci przez Atlantyk z dwoma kotami?

Trochę jak z niemowlakiem, tyle, że koty są grzeczniejsze i mniej problematyczne przy zmianie pieluszek. Na początek, oczywiście, trzeba zarezerwować dla nich miejsce za dopłatą do biletu, jeden kot na jednego człowieka. Co prawda wnosimy ją przy kontuarze do check-inu, ale zadzwonić trzeba jak najwcześniej, żeby mieć miejsce na pokładzie – są limity. W bagażu, w przygotowaniu na pierwszych kilka noclegów w AirBnB, znajdują się: dwie jednorazowe papierowe kuwety, mała torebka żwirku silikonowego drobnego niezbrylającego (jedyny, jaki akceptuje Skierka), mała torebka karmy suchej o smaku rybnym oraz kilka saszetek karmy mokrej, również o smaku rybnym. Wszystko marki premium, ryba sto procent, bo jest taki haczyk importowy: do Stanów nie wolno wwozić mięsa. Ale dotyczy to tylko produktów z mięsa ssaczego, o rybach nie ma słowa.

Saszetki z karmą mokrą na pokład to wersja mini, poniżej 100 ml objętości. Koty podczas podróży nie jedzą, ale mogą być spragnione i prędzej wypiją sosik, niż wodę (aczkolwiek w transporterach znalazły się też dwie nietłukące miski, a w kiosku na lotnisku po przejściu przez kontrolę kupuję butelkę mineralnej niegazowanej).

Transportery są też wyłożone podkładami chłonnymi – kilka mamy w zapasie. Kot potrzebuje wygody i luzu, żeby się, że tak powiem, skupić, więc nie ma ryzyka dwójki, ale siuśki się znajdą na pewno, zwłaszcza, wielokrotnie, w przypadku Skierki. Nie mam pojęcia, czy to dlatego, że jest koteczką, czy dlatego, że jest Skierką.

Nie wiem, jak ze starszymi kotami, ale młode (rok z zapasem) łatwo się uczą i przystosowują, są też do nas bardzo przywiązane. Więc dopóki przy transporterze siedzi człowiek, awantury w samolocie nie ma. Czasami ciekawski ryjek (to głównie Chochlik) chce wyjrzeć z transportera i nie należy mu na to pozwalać, bo jeśli zwieje w samolocie, to kaplica. Gorzej podczas przesiadki we Frankfurcie. Lotnisko, a zwłaszcza kontrola, to dla zwierzątka stanowczo za dużo wrażeń.

Mamy szelki, ale do kontroli i tak każą je zdjąć, a kota wyjąć i puścić opróżniony transporter na pas transmisyjny. Na szczęście koty kurczowo trzymają się swoich ludzi i nie próbują w panice uciekać gdzie indziej. Dobrze też zwierzątku zapewnić nieco wytchnienia i zapakować się do pokoju dla matki z dzieckiem, żeby przewinąć, tj. wymienić podkłady (da się to też zrobić w łazience w samolocie), podać wody i dać trochę rozprostować łapy. Na szczęście nie konkurowaliśmy z prawdziwymi matkami z dzieckiem, bo pewnie by była awantura. Wychodzi na to, że w podróży z kotem, jak ze wszystkim, najbardziej chwiejnym elementem są ludzie.

Wylatujemy z Warszawy 13 lutego 2020.

Miesiąc później (15 marca) zamkną Okęcie z powodu covidu.

Po lotnisku we Frankfurcie krążą ludzie i wypytują, kto był w Chinach. Mamy maseczki w transporterach, ale wtedy jeszcze maseczki nie są częścią kultury i potencjalnie możemy zwrócić na siebie uwagę jako osoby chore. Co, niestety, byłoby prawdą, ponieważ lecimy z potężnym przeziębieniem. Jest to co prawda regularny polski katar, ale nikt nie ma jeszcze pojęcia, jak testować na covid i nawet jak wygląda przebieg choroby – wiadomo tylko, że po tygodniu mniej więcej objawów grypopodobnych przeradza się w wirusowe zapalenie płuc, czasem ze skutkiem śmiertelnym. Maseczki zabrałam po to, żeby nie zarażać ludzi, ale atmosfera na lotnisku nie zachęca do ich używania. Roznosimy więc jakiegoś bliżej nieokreślonego zapewne rhinowirusa, a może i nie-covidowego koronawirusa, dokładając się do okołopandemicznego chaosu.

Ciężka podróż kończy się około czwartej po południu czasu atlantydzkiego, kiedy to pakujemy się do wynajętej klitki, w której mieści się podwójne łóżko oraz aneks kuchenny, a ogrzewanie niezupełnie dociera do łazienki z tyłu. W garderobie rozkładamy jednorazowe kuwety, mokra karma trafia do misek. Biedne, straumatyzowane podróżą kotki w pierwszej kolejności pożerają wszystko, co mają w miseczkach, a potem składają długą i śmierdzącą wizytę w kuwecie. A ja, zaziębiona, brudna, zdżetlagowana i nie wiedząca, jak działają w Ameryce płatności, biegnę na zapoznawczy wieczorek z nowym labem do pubu.

Z mieszkanka uciekniemy za parę dni za sprawą latającej dupy Chochlika, ale to już inna historia.

Monday, 2 October 2023

Moja Atlantyda. Cztery kąty.

 Stany Zjednoczone to kapitalizm korporacji. Większość usług, od sklepów po restauracje, jest albo sieciowe, albo bardzo luksusowe, ekologiczne i DIY, przy czym jak się podłubie, równie dobrze może to być luksusowo i ekologicznie prezentująca się korporacja.

We wczesnym 2020, w epoce przedpandemicznej, istniała w Atlancie możliwość wynajmu Airbnb (afaik znów istnieje), ale to opcja krótkoterminowa. Większość mieszkań do długotrwałego wynajmu to osiedla zarządzane przez korporacje zajmujące się wynajmem. Przynajmniej tam, gdzie dopuszczają trzymanie kotów.

Żeby wynająć mieszkanie, trzeba mieć amerykański numer telefonu, ale to już wiecie. Poza tym trzeba jeszcze zapłacić za złożenie aplikacji i żeby pomyślnie przejść kwalifikacje na lokatora, posiadać historię kredytową, i tutaj dla osoby z zagranicy zaczynają się schody. No ni cholery nie namówię amerykańskiego landlorda, żeby sprawdził mnie w BiKu. Lokalny współczynnik zdolności kredytowej, dzięki któremu można zrobić wszystko począwszy od zakupu samochodu, skończywszy na kupnie komórki na raty, nazywa się FICO score i odpala się przybyszowi dopiero grubo po roku pod warunkiem posiadania karty kredytowej, a i wtedy firmom się nie podoba, że taki nowy. Pozostaje kupowanie ww. dóbr gotówką albo czekiem. Jak imigrant zatrudniony na czarno albo dealer narkotyków. Samochód kupiłam czekiem, ale to opowieść na kiedy indziej.

Koleżanka z przyszłego labu daje mi cynk, jakie osiedle nie wymaga od zagranicznego lokatora wartości FICO. Wymaga tylko dowodu, że zatrudniło mnie Emory University, które ma reputację największego pracodawcy w okolicy. Dobra, przesyłam im moje papiery i aplikuję.

Nie pamiętam, jak w końcu zapłaciłam za złożenie aplikacji. Chyba PayPalem. Polska karta debetowa nie działa, a to dlatego, że amerykański system bankowy funkcjonuje inaczej, niż polski system bankowy. Ludzie nie składają przelewów, tylko podają numer konta albo numer karty i odpowiednia kwota jest ściągana z konta/karty. Coś takiego jak przelew nazywa się wire transfer i jest z gruntu podejrzane. Nie jestem pewna, dlaczego, ale zasadniczo jeśli ktoś chce od was „wire” to pewnie jest księciem z Nigerii i należy go unikać. Pracodawca nie daje wire transfer. Daje direct deposit, który jest z jakiegoś powodu czymś zupełnie innym. Przelewy zagraniczne są za to obarczone gigantycznymi opłatami międzybankowymi. Istnieje wiele innych sposobów, które omijają system, przy czym jedynym dostępnym w Polsce jest PayPal (jeśli ktoś się dziwił, jakim cudem Musk wzbogacił się na zwykłym portalu przekazywania wpłat, to teraz wie).

No więc, jeśli próbujesz opłacić cokolwiek kartą w Stanach, to większość miejsc online, w tym portale lokatorskie, pobiera dodatkową opłatę za użycie karty, która nie przechodzi w systemie, bo europejska karta nie da z siebie ściągnąć więcej, niż zadeklarowano na początku.

Większość portali lokatorskich do składania aplikacji ma formularz, gdzie wpisujemy swoje dane, numer karty, poprzedni amerykański adres oraz amerykański numer telefonu, dzięki czemu korporacja może sprawdzić nasz FICO, ściągnąć pieniądze, pogadać z poprzednim landlordem czy nie sikaliśmy na dywan i jeśli się spodobamy, to dopiero jest akceptacja. Podobno w niektórych miejscach patrzą, jakim przyjeżdżasz samochodem na oględziny, ale to chyba w nieco bardziej luksusowym segmencie.

Nasze osiedle jest wyjątkiem. Podobno mieszka na nim dużo obcokrajowców pracujących na Emory. W ogóle słówko „Emory” otwiera wiele drzwi, dlatego po kilku rozmowach przez ocean udaje się umówić datę wprowadzki.

No, ale trzeba złożyć depozyt. Jak to zrobić, jeśli przelewy nie istnieją, karta nie działa, a na sugestię miłego Amerykanina, żebyśmy może przysłali czek, polskie banki sprawdzają, które mamy stulecie?

Otóż Stany Zjednoczone mają tutaj specjalną instytucję przeznaczoną dla ludzi, którzy są imigrantami zatrudnionymi na czarno, dealerami narkotyków albo pracownikami fast foodu i żaden bank nie da im karty kredytowej. Trzeba iść do supermarketu. Wpłacić gotówkę. I wysłać przekaz pieniężny za pomocą Western Union.

Dobra, ale na razie jesteśmy w Polsce, to jak mamy iść do tego supermarketu?

Staje na tym, że umawiamy się na przekaz depozytu za pomocą Western Union jak już przylecimy do Atlanty, a na początek wynajmujemy na pięć dni AirbnB, przy czym trochę nam zajmuje znalezienie takiego, gdzie właściciel nie ma nic przeciwko kotom.

Po przylocie okaże się jeszcze, że supermarket jest godzinę na piechotę, nie ogarnęłyśmy Ubera, bo nadal myślimy po polsku i chciałyśmy autobusem, a reklamowana atlantydzka komunikacja miejska, podobno doskonale rozwinięta jak na Stany (tak było, nie zmyślam!) jeździ równie często, co pekaesy i nigdzie nie można znaleźć planu trasy (jest do tego appka, ale to odkryłam później).

I oto prócz amerykańskiego numeru telefonu (prowizorycznego) mamy amerykańskie mieszkanie. Bez mebli, ale to się jakoś załatwi.

Jak dłużej pomyślę, dochodzę do wniosku, że to wszystko z powodu dwóch młodych drapieżników Felis catus rasy europejskiej podwórkowej. I trochę się sobie dziwię. Ale tylko trochę.

Mamy nieprawdopodobnie cholerne szczęście, że to jednak nie jest akademik i dowiemy się o tym za kilka tygodni.

c.d.n.

Thursday, 28 September 2023

Moja Atlantyda

 Ameryka to był przypadek.

Neurobiolodzy (i zresztą naukowcy w ogóle) mają globalny rynek pracy, a specjalizacje są bardzo wąskie, często nam bliżej badawczo do kogoś z drugiej strony oceanu, niż z drugiej strony budynku. Cykl życia naukowca przed zdobyciem stałej pozycji, a zresztą nawet i potem, jest dyktowany dostępnością grantów na badania, zresztą do zmian miejsca pracy zachęca nas system (w formularzu ocen grantów jest dział „mobilność”, wart kilku dobrych punktów – przed Atlantą mój znalazł się pod kreską właśnie dlatego, że ostatni wyjazd to był Erasmus). Pojęcie „polski naukowiec” to trochę fikcja. Każde z nas, jeśli publikuje w miarę przyzwoitych czasopismach, robi to po angielsku i jest kosmopolitą.

Gdyby Gary J. Bassell, profesor, z którym już wcześniej współpracował mój polski zespół, był Szwajcarem lub Francuzem, pewnie znalazłabym się w Szwajcarii lub we Francji. Ale wyjechałam do Stanów Zjednoczonych, których bałam się najbardziej, i to na Południe. Z Polski widzi się Stany w pigułce, idealizowane lub demonizowane, postrzegane przez pryzmat eksportowanej wszędzie popkultury. Każdy, kto wyjechał choćby na trochę, powie wam, że to trochę nie tak. Przede wszystkim Stany Zjednoczone to nie jest jednolity kraj, a popkultura pokazuje głównie dwa rejony – Nowy Jork (czasem inny kawałek starego wschodniego wybrzeża) i Kalifornię. Chyba, że w ujęciu historycznym.

Nie doceniamy też, jak bardzo Stany różnią się od Polski pod względem kulturowym, a zaczyna się od drobiazgów. Kto się przyzwyczaił, że do innych krajów Unii wjeżdża jak do siebie, może być mocno zaskoczony.

Po pierwsze, telefon.

Bez amerykańskiego numeru telefonu po przyjeździe do Stanów nie załatwimy niczego. Mieszkania, konta w banku, internetów, a nawet transportu (taksówki są drogą fanaberią, trzeba mieć Uber). Wszystkie formularze wymagają jednej cyferki więcej, a urzędy i instytucje nie rozumieją idei kontaktu przez email. Udają, że rozumieją, po czym i tak do ciebie dzwonią.

Żeby mieć amerykański numer telefonu, trzeba kupić amerykański telefon, a w tym celu należy podać amerykański numer telefonu oraz amerykański adres, którego nie mamy, bo nie mamy amerykańskiego numeru telefonu.

Ale, uwaga, jest możliwość przerwania tego błędnego koła. Należy otóż przed wyjazdem kupić sobie amerykański numer telefonu przez Skype’a. Oczywiście będzie działał tylko w miejscach, gdzie dają darmowe wifi. Ale możesz go podać, dzwonić do ludzi, potem możesz odpisać na esemesa i w ogóle wszystko gra.

Możesz nawet spróbować wynająć mieszkanie.

Podobno uczelnia ułatwia postdokom i doktorantom zdobycie lokum po przyjeździe i są pokoje dla zagranicznych studentów. Mówię podobno, bo jest jeden haczyk. Nikt nie przewiduje, że zagraniczny gość przywiezie dwa polskie, mazowieckie, prawdziwe żywe koty. A tych w akademikach trzymać nie wolno.

Zatem zaczyna się poszukiwanie mieszkania na wolnym rynku.

cdn...

Wednesday, 27 September 2023

Hello world.

Przeglądam sobie ten blog, przypatruję się dawnym nadziejom i ambicjom i myślę, że nie będę go prowadzić w tym samym tonie. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia, w jakim (podobnie jest z książkami, jeśli mam być szczera).
 
Ale wiecie, tak sobie myślę, że tak wiele rzeczy jest poza moją kontrolą. Nie decyduję o tym, jak brutalnie wygląda rynek książki, jak trudna jest kariera naukowa, co dalej z moim zdrowiem (chwilowo lepiej), czy mała niezupełnie normalna normalność, jaką udało mi się zbudować w obcym kraju potrwa parę miesięcy, czy parę lat.
 
Zawsze jednak mogę pisać. Nieważne, ile mam na to czasu, czy robię to zbyt rzadko i czy w globalnym pierdolniku jest dla mnie jakieś miejsce. Moja decyzja jest poza algorytmami, osądami, osobistymi stratami i generalnie wszystkim innym. Zawsze najlepiej mi się tworzyło, kiedy nie musiałam myśleć, co mam z tym później zrobić.

Coś tutaj będzie, ale nie obiecuję co, kiedy i w jakim kształcie.

Czcionka jest inna. Zobaczę, czy zostanie.

Tuesday, 18 July 2023

Kropka taktyczna.


Pomyślałam sobie wczoraj, że przydałaby mi się autorska strona internetowa, po czym sobie przypomniałam, że mam już autorską stronę internetową. Teraz ją oglądam, w dużej mierze zamrożoną w innej epoce. Będzie tutaj generalna inwentaryzacja, tylko najpierw muszę ogarnąć, co właściwie powinnam zrobić - stać mnie już chyba, żeby postawić sobie coś, co wygląda nieco bardziej profesjonalnie. Pytanie, czy trzeba. Nie jestem Georgem Martinem, więc pewnie trzeba. Blogi trochę martwe są, ale się pomyśli.

Monday, 11 May 2020

Z Drugiej Strony świata, 1.


Świat drżał w posadach, gdy w połowie lutego zabieraliśmy się w nasze cztery walizki na drugą stronę świata. Po lotnisku we Frankfurcie krążyli już poważni ludzie zadający pytania o to, czy w ostatnim miesiącu nie odwiedzaliśmy czasem Chin. Miałam maseczki spakowane do kocich transporterów, bo obydwoje z Mikołajem, mimo największych starań, złapaliśmy od siostrzenicy katar tuż przed wyjazdem. Ale kiedy zobaczyliśmy poważnych ludzi, postanowiłam się z tymi maseczkami nie wychylać. „Jeszcze pomyślą, że jednak mamy wirusa i zawrócą nas sprzed granicy”, myślałam.

I jeszcze „a jeśli się posypie”.

Od paru miesięcy miałam takie wrażenie. Rzeczywistość wokół mnie drgała jak naprężona struna. Trochę w tym było udziału sytuacji politycznej, trochę rodzinnej, trochę osobistej. W pewnym stopniu można powiedzieć, że od tego kotła uciekałam, chociaż tak naprawdę to się tak tylko wszystko złożyło: wyjazd na zagraniczny staż podoktorski jest normalną rzeczą, naturalnym etapem w karierze naukowej. A miałam jechać i spotkać tych wszystkich mądrych ludzi, których publikacje czytałam i nie tylko móc, ale może i musieć stosować metody, które chciałam wypróbować, z dostępem do nieporównywalnego budżetu – same zalety!

Szczerze mówiąc pierwszą moją myślą, gdy usłyszałam o wirusie, o którym mówią teraz wszyscy było: „no nie, tylko nie kolejna infekcja, trzy razy brałam w tym roku antybiotyk”. A drugą: „no, nie, przecież pisałam już o tym w dwóch różnych opowiadaniach!” – pandemia wymieniona w „Mrówkach” i w „Dróżniczce”, jak obecnie, była tylko jednym z nieszczęść, jakie dotknęły ludzkość i była (być może mało kreatywnie) nieco złośliwszym, ale nie tak śmiertelnym jak w filmach sensacyjnych wirusem grypy. Nie mam zdolności profetycznych, po prostu jestem biologiem i wiem, że im dłużej się żyje, tym bardziej prawdopodobieństwo takiego zdarzenia zbliża się do jedności. Co więcej, to niejedno takie potencjalne zagrożenie i w mojej optyce 95% ludzkości zachowuje się jak owo – za Wańkowiczem - bujne ziele na kraterze, co nie robi dobrze mojej nerwicy.

Ale do meritum.

Że się w Polsce będzie trzęsło, też było widać. Szczerze mówiąc nigdy nie miałam ochoty żyć w dyktaturze. Nam co prawda żadna dyktatura tak do końca nie wyszła, bo co dwójka Polaków, to trzy zdania i nadal trzymam się pewnej nadziei, że ta narodowa wada i tym razem uchroni nas przed losem, który dawniej przydarzył się tylu europejskim krajom w obliczu kryzysu. Ja się na polityce za bardzo nie znam, bo moje zdolności metakognitywne się w tym momencie zawieszają, zbyt wielu ludzi jest za bardzo innych ode mnie i trudno mi przewidzieć, jak postąpią. Oprócz tych ogólnych ruchów wynikających z natury agresywnych, terytorialnych ssaków społecznych, ale przykładanie do ludzkości metod obserwacji wg. Dr Goodall nieodmiennie mnie smuci i budzi nadzieję, że może się mylę.

Jak sobie z tym bajzlem ojczyzna poradzi, nie wiem. Mam nadzieję, że dobrze, bo zamierzam jednak kiedyś wrócić i mieć ten własny lab, zakładając, że ktoś w końcu da mi grant.

Może i nie będzie żadnych grantów, bo skończy się świat jaki znamy, ale tymczasem żyję chwilą. Pojechałam na dłuuugi urlop od zmartwień, który polega na tym, że pracuję naukowo w jednym z najpiękniejszych miejsc na Ziemi, to znaczy na przedmieściach Atlanty i wracam wieczorami do drewnianego domu w otoczeniu zieleni, gdzie czerwone kardynały ćwierkają tuż pod moim oknem, a wszystkie potrzebne rzeczy – włącznie z naukowymi książkami – są na wyciągnięcie ręki i przyjeżdżają pode drzwi (poza fotelem, bo poczta go zgubiła i nie może odnaleźć od dwóch tygodni). Internet trochę niepewny, ale da się żyć.

Żadnej nowej infekcji chwilowo – odpukać - nie złapałam. Przytyłam dwa kilo. Głównie dlatego, że rzuciłam część leków – zaczęły mi bardziej szkodzić niż pomagać i usłyszałam, że teraz lepsza jest dieta – ale część tej wagi to mięśnie i to się czuje. Gdy tutaj przyjechałam, spałam po dwanaście godzin dziennie przez kilka tygodni, dłużej, niż zwykle trwa jetlag, a twarz miałam papierową. Teraz funkcjonuję normalnie, przez pewien czas jeździłam nawet do labu na rowerze (a tutaj to trochę jak rowerem po Beskidach), tyle, że hamulce mi się zepsuły i trochę nie mam jak naprawić.

Konferencji nie ma, bo koronawirus, z nowo poznanymi mądrymi ludźmi chwilowo rozmawiam tylko przez zooma – ale pracuję z nimi naprawdę. Może mi to wychodzi na dobre, bo zajmuje się tym, co mam przed oczami, a nie kolejną dziką hipotezą. Inna sprawa, że o białku, które badamy wiadomo bardzo niewiele, a to co wiadomo brzmi bardzo intrygująco, więc mogę sobie pohasać.

Przylecieliśmy w ostatnim możliwym momencie. Tydzień później, a nie zrobiłabym niezbędnych szkoleń (brakuje mi w tej chwili jednego). Dwa tygodnie później, a spalibyśmy na podłodze – zamknięto Ikeę, a meble z Amazona są kilkukrotnie droższe i czasem mają problem z dojazdem. Trzy… i siedziałabym jak ten głupek w domu, niewdrożona i nieprzydatna dla zespołu. A tak nadal się tam pojawiam (jako pracownik, a nie doktorant, jestem „essential” i mi wolno), podtrzymuję działalność labu, zdążyłam nawet jeden eksperyment zrobić i niedługo je zresztą wznawiamy.

Cieszę się, że zabraliśmy się z kotami. Zmusiły nas do poszukania sporego mieszkania z wygodami, z dala od kampusu. Potem się okazało, że akademiki opróżniono w związku z wirusem, a studenci musieli się poprzenosić. I nawet sobie nie wyobrażam, co by było, gdybyśmy zamieszkali w jednym z domów dla zagranicznych naukowców, takim z np. wspólną pralnią.

Dostaliśmy wielorazowe maseczki, piorę je z bielizną. Brakuje mi zwiedzania, parków, lasów (poniekąd dzięki zielonemu osiedlu ta tęsknota nie jest aż tak dojmująca). Brakuje mi moich bliskich i przyjaciół i tego, że z powodu wirusa nie wrócę do nich na wakacje, żeby pojechać nad morze i leżeć razem pokotem na kanapie, oglądać jakiś film Marvela albo grać. Co prawda gramy przez sieć, ale to ma jednak pewne wady.

Nadal nie piszę. Miałam dwa opowiadania do zrobienia, jedno dałam radę, drugie zawaliłam. Coś mi się cały czas śni, dwie fabuły obracają się na ruszcie, urywki piosenek wpadają do głowy. Ale brakuje czasu albo sił na głębszą refleksję, albo za bardzo absorbuje mnie chwilowo praca naukowa, nie wiem. Nie wiem, czy tak zostanie. Taki czas.

Wednesday, 14 March 2018

Ci inni


Zawsze będą ci inni.

Którzy piszą lewą ręką

I którzy mają piegi.

Albo zepsuł im się suwak od kurtki,

Albo są po zawale serca

I mają lat dziewięćdziesiąt, ale dają sobie radę, dziękuję bardzo.

Co zapomnieli drugiego śniadania.

Którzy nie mogą drugiego śniadania,

Psów, kotów,

Dzieci.

Którym się pomyliły autobusy

Tego ranka, co pierwszy dzień w pracy.

Tacy, co pamiętają warkocz córki

Oprószony ceglanym pyłem,

Stopy obute w bezdomność,

A huragan ich ściga i chwyta za płaszcz.

Na parkanie siedzi sroka i pyta:

A kto ty?

A kto?

Tuesday, 6 March 2018

Bogles


It's been a long time since I've written an English post.
This time it's a story, translated by Maja Konkolewska. It was first published in Szortal in November 2016, and after several rejections from English language magazines I decided that I'm moving on to new stories and I'm putting this in here for everyone to read. Enjoy! :)

Bogles
Translated by Maja Konkolewska

You say you don’t know who we are. No need to worry about that – we don’t know either. We are born under beds, in mirrors or in the deep corners of wardrobes. We are usually brought to life by children, but not only. We form out of barely conscious thoughts, left-over dreams and shards of daydreams and we stay with you for some time. For as long as you remember us.

And then we have to leave. In the long run it’s impossible to live with you. You are as capricious as bumble bee larvae and when you forget – you push us away. This is exactly how it works. I was lucky enough to be living at my mother’s for almost six months. She had drawn me and it always preserves. In the end, she stopped liking the picture. She threw it away and forgot.

No, I don’t hold a grudge against her. She created me strong. I’m almost seventeen years old now and in our tribe it is considered to be the Methuselahan age.

We live in an old country house on the verge of a forest. We have an orchard with sour apples, a small stable, shed with tools and vegetable patches where I still grow this and that. There are only three of us left: Toothy, Mare and I. We are the old-time residents. For the last five years no one new has arrived and my time is slowly getting to an end. Now that I think of it, Gnome used to complain that new residents arrived less and less frequently. He claimed that he himself had been greeted by a feast for twelve with a kolacz cake reaching the sky, baked of sunny millet flour especially for this occasion.
So, there used to be a dwarf – Gnome. And Murky – the dark prince who used to ride a stallion of clouds; a toad-look-alike Crawler and also Leaf – a talking guinea pig. There also used to be Beaming. She’d put the moonlight in her lap and then weave the silver yarn on a long loom. She faded into the Mist a year after my arrival. A sofa cover is all that she left behind. Dingy and worn-out, it still glows slightly during the full moon.

We stay for a few years – three, five, sometimes fifteen or a bit more. A long time ago appeared one Thinker who lived in the house two full decades but in the end the Mist called him too.

When our time comes, we begin to fade away. Our abilities slowly diminish and our voices subside. People stop noticing us, even in such meagre form as we may appear. Finally the day comes when we must wake up before dawn, find the train tracks bathed in the morning mist and embark on a journey.

The Mist leads to There but the tracks are ordinary, built by people. By day you can walk on them to the nearest town. Trains used to go there, I can still remember. On the other side of the tracks there’s an alley and along it – people’s homes. It used to be a few red brick houses, today it’s modern villas with balconies and high fences. They sprung up out of nowhere one after another, a bit like the mushrooms Toothy nibbles out of the ground and then gets diarrhoea. Mare says the rich live there. I don’t know about the rich and neither does Mare, so I can’t appraise that. But I think it’s true because in their gardens they grow just hedges and grass but nothing to eat.

Mare is convinced they feed on grass but I don’t believe that. Toothy sometimes eats grass but he’s a horse after all, so I guess he has to. Although, to tell you the truth, when it comes to us – nothing can be simply predicted. For example, I like carrots, peas and boiled potatoes, although according to the laws of nature I should be gobbling up raw rodents. And I will humbly admit that I bake the most delicious apple pie in the world.

I add some of my summer nap dreams to it. You can’t copy that. When the Mists take me, the memory of my apple pie will survive just like the stories of Beaming’s carpets and Thinker’s longevity.

So, Toothy looks like a horse. Not any old nag but, as he proudly puts it, a real stallion of hell. Maybe he did look like that about five years ago but since then his black coat turned grey, his mane got thinner and his back curved down. Even the devilish teeth that had given him his name became yellowish and crumbled a bit. He’s still scary from afar. Much more than me – personally, I was never equipped.

Mare would have been a human if someone just paused and devoted a moment’s attention to finish her. They could have straightened her right leg and reshaped her hunched back and the arms that drag on the floor. They could have painted her skin in a different colour than pale-green. They could have added nails, nose and more hair than these few grey tufts. Some of us aren’t very fortunate and are born out of imagination that has only just germinated.

I on the other hand, as you probably suspect although still can’t actually see, am a cat. A humanized, walking on back legs ginger cat, as big as a small child, supplied with opposable thumbs and, of course, a maroon brimmed hat with a feather. It’s an integral part of me. If I left it or lost it somewhere, which I used to try doing in the moments of rebellion against my own nature, it would be back on my ginger head within fifteen minutes. Did I mention it has holes for ears? My mother was an extremely intelligent person.

We have a lot of work to do in here. In the late summer, just like now, we have to water spiders with dew so that they weave gossamer webs. In the autumn we paint the leaves. We’re not the only ones who do it – a bunch of goblins still live in Invisible Lair, but our gang manages it quite well. Preparation for winter is a serious matter.

In the winter we have to look after the Misty Children. They don’t come every year but when they do, we find one each winter month. They come half-started and bodiless, like everything born out of the Mist. We find families for them. We choose the mother and father very carefully. They must be people who want a child very much – Mare has the best intuition in these matters. Sometimes in search for suitable candidates we visit all the nearby towns.
Then they are clothed in bodies in the same way as everyone else who comes to this world. Just like you. Don’t look at me like that, I didn’t mean to scare you. The Mist Children are born a bit different. No matter how much effort they put into pretending to be people, in half they belong to There.

When we found you fifteen years ago I was on the winter watch with Murky. Toothy and Mare were not born yet and my fangs and claws were as sharp and hard as a diamond, quite literally, for there was a time when I had to cut glass for a new window after an autumn storm. We stood by the train tracks – the two high-quality guards: a dark prince with long, black curly hair and a sprightly ginger cat with dashing whiskers and a rapier as sharp as a bee’s sting attached to the side, ready to fight the most ferocious of the northern phantoms
(They also appear less and less frequently, although I swear that just the day before yesterday I saw a shadow nearby one of the farms, next to the old shrine. If you see them, sprinkle some salt on them – they don’t like it and they are afraid of folks like you.)

As we were killing time playing stones, the mist-shrouded moon rose over the train tracks – an almost infallible sign that it was time to start searching. Although, it happened once or twice that despite clear omens we didn’t find anyone before dawn. I still don’t know whether no one actually arrived back then. It’s possible that a Misty Child was left unnoticed and in the end evaporated, touched by the first rays of sun.

This time we noticed the child almost immediately, crouched behind a stone; a helpless white bundle resembling candy-floss. You had light-blue eyes – two tiny dots like pinheads, and big lips, able to swallow a whole apple. Murky pulled out a gunny-sack lined with unwoven wool from Beamings’ basket. Misty Children are fragile and they need a lot of warmth, especially at the beginning. We sneaked up cautiously not wanting to startle you. Everything looked as it should.
Until we realised that Unbeing had already emerged.

(You can see more clearly now, at least that’s the impression I’m getting. I notice fear in your eyes. Don’t be afraid. Out of all that is apparent and hidden, we are most friendly towards you, humans. After all, at least to some extent we come from you.)

I don’t know where Unbeing comes from. Just like everything else, she suddenly appears by the train tracks in the Mist. Crawler used to say that a long time ago she was never there but since I remember, we’ve been coming across her more and more often. He also used to say that because of Unbeing, the Mists are slowly raising up. Without them we wouldn’t be able to leave, after all what cannot leave, cannot also exist – deep down we all know it. As you can see, our problem is very serious. In order to try and solve it, I had to retrieve Thinker’s books, buried in a barrel of kasha. But we’ll get to that soon.

Unbeing is flat, coarse and grey in the way that means lack of colour; resembles sand grinding between the teeth. She is a disappointment, a handful of empty nuts, remnants of a shattered shell in which you used to hear the sound of the sea. She is the lack of understanding which means that, with difficulty, my rapier can only just pierce her armour and I fear that it only infuriates her. She also has a definite excess of legs and eyes and she would like to imitate a spider but I can assure you that it’s just a façade. The real spiders move gracefully. Unbeing glides forwards as if she never needed any legs.

She doesn’t disappear with the first rays of sunlight, she just slips away somewhere far past the tracks. I don’t know what happens to her then but there are people who have fragments of Unbeing in their homes, some even carry her with them (or within themselves – I can sometimes sense her in them but can’t see or smell her). She no longer looks like a spider. She assumes various forms but I would have to show what I mean. I haven’t spent enough time with you to be able to name everything in your words. But I think that you, of all people, will definitely recognise her should you ever come across each other.

You exist only due to Murky’s courage. I would have undoubtedly vanished inside the hut and waited for Unbeing to go away and for the Misty Child to evaporate with the dawn of the day. And although I am very tempted to attribute the heroic actions to myself, I shall not deprive my friend of his merits. It was not my rapier and fangs that defended you that night.
He survived but became a shadow of his former self. A few months later he left into the Mist.

It’s past midnight. We have only a few hours left until dawn so look carefully. What I have here are books written on the birch bark with an ink made of gall wasps. See how they’ve yellowed and faded? A few grains of kasha can still be found around – it has been protecting the books from damp very well. As for the mice, even before my arrival a pact was made that they would keep away from our supplies. Thinker lived in our house many decades ago but his writings survived in excellent condition. Someone should carry on with the chronicling tradition, yet out of the three of us I am the only one who can write – not very neatly though.

If I deciphered the writings correctly (and I had to do it word by word), Unbeing had already come once before. She appeared above the train tracks and spilled all over the place, penetrating people’s homes and farms. One by one, we started to vanish like popping bubbles. The Mist rose so high, she obscured the moon every night; only her faint trails were left behind down here. And then, one of us found a way to enter the Mists and then come back to tell us all about it. He said he had found the place There from where Unbeing came and fixed it.

I’ve been thinking about it for a long time and I think I know how he returned. The books don’t describe what he’d achieved There. But if he did it – maybe I can do it too.

We’ve already talked about it and it must be me. Toothy was never brave and Mare is the youngest and she’ll stay put if push comes to shove. Unbeing appears more and more often and you wouldn’t want it to pour over people’s dwellings. Apparently even scarier bogles will take over from us then. I don’t know if the changes that happen here affect There or vice versa. I only know that if things carry on the way they go now, someday, maybe soon, the house will become empty. Gossamer will stay unwoven, leaves in the autumn won’t be rich in colours, snow will stop melting in the spring. Or perhaps it will be gone all together – last year only one Clouder stayed in the house for longer. I will set out for the tracks before dawn. I’ve already sharpened my rapier and cleaned the armour that’s been hanging on the hook for many years.

And you stand behind me and no matter what – hold my hat very tight.

Friday, 2 March 2018

Gdy się skończy


Gdy się skończy nasz czas

Gdy odejdzie nasz świat

Powiedz, co wtedy po nas zostanie?

Parę spisanych słów

Garść niespełnionych snów

Przecież wiesz, jak ulotna jest pamięć.



Może urodziliśmy się za późno

Może za wcześnie, kto to wie

Może wysiłki nasze poszły na próżno

A może je doceni przyszły wiek.



Gdy się skończy nasz czas

Gdy odejdzie nasz świat

Chciałbym wierzyć, że znów się spotkamy.

Odwiedzimy nasz bar

Weźmiesz dwie talie kart

A ja zagram na swojej gitarze.



Znów odurzeni wieczorną herbatą

Będziemy śpiewać aż po świt

Może i z nieba wyrzucą nas za to,

Że nawet tam gubimy rytm.



Gdy się skończy nasz czas

Gdy odejdzie nasz świat

Powiedz, czy ktoś nas jeszcze odnajdzie?

Pośród pożółkłych ksiąg

Tysiąc mil kurzu stąd

Znajdzie ślady snów, przygód i pragnień?



Będą nas widzieć naszkicowanych

Bez naszych marzeń, cnót i wad

Życie jest piórkiem; czarny atrament

Powoli blaknie z biegiem lat.




Monday, 29 January 2018

Plany na 2018


Jak już wspominałam, miniony rok nie był dla mnie łaskawy – chociaż ładnie to wygląda z poziomu zawodowego, bo i parę publikacji, i książka, i udało się znaleźć dom dla Miasta Magów, na polu życiowo-prywatnym miałam trzęsienie ziemi. Kiedyś może opowiem, ale jeszcze nie teraz. Przez 2018 będę się musiała powolutku przeturlać - tym razem plany mam skromne i będę się trzymać przy poziomie gruntu (oby się już nie trząsł).

Będę na Fantasmagorii w Gnieźnie (9-11 luty), z następującymi punktami programu:
12.00 Fantastyczne debiuty (panel)
Krzysztof Haladyn, Aleksandra Janusz, Kajetan Kusina, Marta Kładź-Kocot, Artur Olchowy, prowadzenie: Daria Kamińska
16.00 Kolonizacja obcych planet (dla początkujących i nie tylko) – to samo co zawsze, jak zwykle updejtowane o nowe planety i nowe nowości.
(Uwaga, errata programu!)
19.00 A jednak się świeci – fluorescencyjne białka w żywych komórkach – ta jest hardkorowa. Ale są ładne kolorowe obrazki.
20.00 Popkultura a fantastyka – nie jestem pewna, o co mnie będą pytać, ale jako osoba regularnie wtykająca nos tam, gdzie jej nie chcą, mogę opowiedzieć min. o zachodniej machinie wydawniczej i innych objawieniach. (Panel).
Aleksandra Janusz, Kajetan Kusina, Artur Olchowy, Dominika Węcławek, Bartek Biedrzycki, prowadzenie: Daria Kamińska

Zjawię się na Pyrkonie i na WTK, przy czym detali jeszcze nie znam.

Poza tym chcę:

- dokończyć Ukrytą Fortecę. Termin mam na koniec września (przedłużyłam) więc osiem miesięcy; Mandala ostatecznie powstawała w takim tempie, a nie było wtedy NaNo. Ukryta Forteca będzie dalszym ciągiem magic punku, tym razem w magicznym Stambule, to znaczy to niezupełnie jest Stambuł, ale równocześnie parę innych miejsc. Jak poprzednio. Jeśli leży wam ta seria, finał też powinien.

- zrobić redakcję Mandali. Uwag nie ma znowu tak dużo i w niedzielę odklepałam wszystkie drobne, nad grubszymi muszę się chwilę zastanowić, ale nie zajmie mi to dłużej niż parę dni. Miasto magów to zupełnie inna seria niż KRŚ – cięższa, mroczniejsza, pełna bebechów i bardziej idzie w stronę samodzielnej mitologii, niż powieści przygodowej (parental warning: są wulgaryzmy, seks i bardzo dużo filozofii).

- napisać przynajmniej trzy opowiadania. Jedno do antologii, jedno do drugiej antologii, i jedno dodatkowe. W tej chwili na dwa mam pomysł – zasadniczo mam ich więcej, ale jedna z tych antologii jest okolicznościowa i trzeba tak czy siak wymyślić coś nowego. Ponieważ od lat nie piszę opowiadań, cały czas i wysiłek wkładając w powieści, będzie to pewne wyzwanie.

Czwartego kwietnia ma premierę nowa edycja DWS. Pierwsze wersje okładki już wyciekły – jest piękna, ale jeśli macie tę z dwoma nazwiskami na okładce, wstrzymajcie się z publikacją, pokażę wam wersję ostateczną. Do książki powstaje coś, o czym bym kiedyś nie marzyła i różne takie rzeczy, które dostają pisarze, jak są grzeczni.

Potem pojadę na Worldcon z katalogiem FFWoP, tym razem turystycznie z mężem. Zabiorę też nasze próbki. Wiele się nie spodziewam. In late capitalism, books buy you. Ale jestem całkiem pewna, że z kolei spodziewają się mnie tak, jak hiszpańskiej inkwizycji, więc przynajmniej wniosę trochę fermentu.

I to jest tyle. Bardzo długo biegłam, a teraz trzeba po prostu iść i patrzeć, gdzie stawiam stopy.

Sunday, 28 January 2018

Desiderata. Fanfik.


Idź spokojnie, stopa za stopą

Nie musisz.

Oczekiwania są jak ryby:

Śliskie i często śmierdzące.

Wszystko, czego ci trzeba jest tutaj;

Pod dłonią;

Na kraciastej kartce własny zamek z piasku.

Jeżeli znów wyruszysz w podróż,

Pamiętaj: świat jest otwarty

Nigdzie końca drogi

Żadnej drogi, tylko ocean

I ani jednego baranka na horyzoncie.