Monday, 1 May 2017

Ten óczuć


W życiu każdego nadchodzi taki czas, gdy uderzamy głową w sufit.

Skończyliście całą podstawówkę, albo i gimnazjum, i jesteście tam najlepszym uczniem. Wszyscy wam wmawiają nie wiadomo jaki geniusz. Idziecie do liceum - i okazuje się, że tam trzeba przysiąść fałdów. Panika. Nigdy tego nie robiliście! Nauka wchodziła sama! A teraz do niektórych przedmiotów trzeba się ostro przyłożyć, żeby zdać. I jak tu żyć? Czyżbyście… gulp… byli zaledwie przeciętni?

Albo jest tak: programujecie w liceum, aż pierze fruwa. Macie opinię rodzinnego haxora. Idziecie na studia i uwalacie pierwsze kolokwium.

Albo i tak: udaje wam się wreszcie zadebiutować (opowiadaniem, powieścią) i okazuje się, że to dopiero początek drogi, a świat jest pełen srogich autorów, z których każdy lepszy (a przynajmniej tak nam się wydaje, bo łatwiej zauważyć własne niedostatki, niż te rzeczy, które akurat robimy dobrze), publikuje więcej, częściej i ogólnie bardziej zajebiście.

Chodziłam kiedyś na karate doshinkan. To taka tradycyjna szkoła walki, gdzie karate nie zostało dostosowane do zawodów i w przeciwieństwie do tych sportowych (shotokan, kyokushin) zawiera elementy dźwigni i rzutów kojarzone raczej z aikido i ju-jitsu. W karate doshinkan nie ma sparingów, są tylko ćwiczenia w parach - w przeciwnym razie mogłoby dojść do wypadku (kata zachowały na przykład takie ładne uderzenia, gdzie ćwiczący markuje cios poniżej pasa). Kolejne stopnie nie są uzyskiwane w trakcie egzaminów. O tym, jaki „pas” otrzymasz, decyduje mistrz szkoły, prawdziwy stary Japończyk (mieszkający od lat w Austrii), który dwa razy do roku wizytuje treningi szkół, w tym raz podczas zgromadzenia szkół doshinkan z całego świata, które odbywa się latem w miejscowości Tittling.

Nie wiem, jaką zasadą kieruje się mistrz przyznając pasy - czy rzeczywiście pamięta wszystkich uczniów, czy może korzysta z podpowiedzi mistrzów poszczególnych szkół - ale zauważyłam pewną prawidłowość. Kolejny stopień dostawali ci, którzy stali się lepsi wobec samych siebie. Jeśli ktoś już prezentował wysoki poziom, ale nie poprawił się szczególnie, nie dostawał nowego „pasa”. Dotyczy to głównie starszych stopniem, bo początkujący uczą się dość szybko i awans jest niemal automatyczny.

To powoduje, że podczas treningów nikt nie porównuje się z innymi. Zresztą i tak nie ma na to czasu. Trzeba powtarzać ćwiczenia skupiając się na sztuce, a nie (jak na przykład w fitnessie…) na koleżance/koledze obok.

Współczesny świat, a zwłaszcza Polska, ze swoją niedawną transformacją, zmusza nas do rywalizacji. Jesteśmy wychowywani w duchu indywidualizmu. Słyszałam nawet, że niektórzy nauczyciele są dumni, gdy udaje im się pobudzić ten instynkt w podopiecznych. Pokazuje się nam, że trzeba być lepszym, robić więcej od innych.

Ale w prawdziwym świecie osiągnięcia nie są domeną pojedynczych osób. Nawet ten sportowiec, który zdobywa laury, ma za sobą sztab lekarzy, trenerów, dietetyków. Nawet ten pisarz ma wsparcie: rodziny, przyjaciół, redakcji. Oraz - niejednokrotnie - innych pisarzy. Popatrzcie na publikacje naukowe - jeśli to nie jest praca przeglądowa, tylko oryginalne eksperymenty - ilu mają autorów?

Znaczy, tego, zgubiłam się trochę - ale morał jest taki, że skupianie się nad tym, jak MY wypadamy jest bezproduktywne. I jeśli zaszczepiono nam silny zmysł rywalizacji, czasem warto go stłumić, a czasem przekierować: bo widzicie, tak naprawdę nie ma znaczenia, jak się prezentujemy.

Ważna jest sztuka. To, że robimy rzecz Właściwą. Sami lub jako część zespołu, mniejsza z tym. Ten óczuć.

A jeśli coś robicie i jeszcze do tej pory nie uderzyliście głową w sufit, to znaczy, że wyzwanie było za łatwe. Zdradzę wam tajemnicę: pracujecie na swoim poziomie dopiero wtedy, jeśli regularnie łeb was boli od tego uderzania. To ten drugi óczuć. W sumie też słuszny.