Ponieważ wszyscy bardzo potrzebujemy lekkich wiadomości, dziś kolejny post z cyklu "dziwne owoce", które publikowałam na stronie autorskiej po każdej wizycie na Buford Highway Farmer's Market.
To znaczy, może od początku: przy ulicy Buford Highway w Atlancie mieści się dzielnica zasiedlona przez amerykańskich Azjatów oraz imigrantów (i Amerykanów kolejnych pokoleń) z Ameryki Południowej. Ta cała bujna społeczność, naturalnie, chciałaby zaopatrzyć się w znajome produkty z całego świata i tutaj właśnie robi zakupy. Polskie produkty też się czasem zdarzają, chociaż więcej jest rosyjskich i od niedawna ukraińskich (korzeń pietruszki czasem jest, a czasem go nie ma, tak jakby ktoś nie wiedział - reszta świata przeważnie stosuje pasternak, który my uznajemy za coś gorszego). Szczególnie dla mnie ciekawa jest alejka z warzywami i owocami, bo o ile produkty paczkowane można sobie importować, to raczej trudno o świeżą żywność. W Polsce można kupić naprawdę wiele ciekawych owoców i warzyw, ale najtrudniej z tropikalnymi, bo się je kiepsko przechowuje (nie wszystkie dobrze znoszą pobyt w chłodni) i wiele z nich jest stosunkowo nieznanych. Inne są importowo trudne ze względu na lokalne smaki (owoc Pouteria sapota dla mnie smakuje jak mydło, nieważne, że dla osób mieszkających w rejonie występowania to pewnie delikates i smak dzieciństwa - z drugiej strony nie spodziewam się, żeby wielką popularność w świecie zyskał nasz agrest). Poza tym jako gatunek wszystkożerny jesteśmy w stanie zeżreć wszystko, więc po prostu różnorodność jest zbyt duża, żeby wszystko znać. I bardzo dobrze, monokultura to zguba bezpieczeństwa żywnościowego.
To po tym krótkim wstępie trzy ostatnie nabytki. Zdjęcia zrobione ziemniakiem, przepraszam, ale nie lubię mieć rat na głowie i nie nabywam telefonów flagowców.
- gujawa (Psidium sp., to by była chyba Psidium guajava), po polsku nazywana też gruszlą i moim zdaniem pełni funkcję gruszki w krajach pochodzenia, ale o tym zaraz. To moje kolejne podejście do tego południowoamerykańskiego owocu, pierwsze było dość nieudane, bo kupiłam zielone, twarde i kwaśne. Intuicja podpowiadała mi jednak, że to pierwsze wrażenie może być błędne, albowiem gujawa jest opisywana jako owoc deserowy (i my go znamy z dodatków do żywności). Otóż istnieją różne odmiany. Najsłodsza jest ponoć taka różowa w przekroju, ale na razie nie udało mi się jej znaleźć. Ta poniżej jest żółta, miękka i w przekroju biała. Bardzo aromatyczna, słodkawa. Jak się już zrozumie, że nie należy gryźć twardych jak kamyki pestek, zupełnie smaczna. Jest to owoc trochę wytrawny, to znaczy bardzo dobrze pasuje do mięs i serów i tutaj widzę właśnie porównanie z gruszką, również z tego powodu, że można trafić na gruszkę kwaśną i twardą jak kamień, a można na rozpadającą się, słodką konferencję (swoją drogą tej odmiany akurat w USA nie ma).
Mam przeczucie, że jakiś supermarket w Polsce, Leclerc albo coś, może gujawy sprowadzać od święta, więc można sprawdzić.
![]() |
| gujawa |
![]() |
| mamoncillo (wbrew pozorom, nie mały Mamoń) |
![]() |
| zielony daktyl (do marynowania) |



Jako osoba opłacana z pańśtwowego systemu grantowego w Polsce (granty STRATEGMED) skierowanego na badania a aplikacją biomedyczną zostałem wyeksponowany na problematykę żywnienia w sensie "nutraceuticals / nutrition /nutrigenomis" i to zupełnie zepsuło mi podejście do kuchni jako formy relaksującej rozrywki i części ludzkiej kultury kulinarnej, bo gdy zacznę się zastanawiać nad tymi wszystkimi cząsteczkami, które wchodzą w kontakt z bądź co bądź własnym "wetware" to mam ochotę na optmalizację. W tym kluczu odkryłem żywnośc, którą karmią kosmonautów, firmy, które taką żywnośc produkują, firmy farmaceutyczne produkujące tzw. parenteral nutrition, oraz żywnośc dla startuperów, czyli SOylent i pochodne. I to jednak jest egzotyka, bo hightech food, i zainteresowanie "alternative proteins", cellular agriculture prowadzi do jedzenia ekstraktu z drożdży, izolatu białka sojowego, eksperymentów z wszystkimi numerami E (bo dodatki do żywności wcale nie muszą być toksyczne, np. błękit brylantowy ma w publikacjach funkcje neuroprotektanta, karagen jest nietoksyczny, nie wspominając o agarze).
ReplyDeleteErrata: uświadomiłem sobie, że bycie beneficjentem grantów STRATEGMED może być zjawiskiem nieetycznym i niegodziwym, ponieważ zarówno same projekty zostały ocenione przez NIK jako trudne do zdefiniowania ze względu na wpływ społeczny, wyniki naukowe sugerują, że implementacja wiedzy i translacja oraz komunikacja nauki jest kluczowa https://bip.nik.gov.pl/kontrole/P/17/023/LKR/ dodatkowo, polskie państwo ma dużo innych ważnych wydatków, np. rzeczy typu: https://www.youtube.com/watch?v=EBFdv9hdTiA i muszą znaleźć się środki na akcje "Pajacyk", "napełnij dzieciom brzuszki" etc. Własnie dlatego postanowiłem zostać startuperem i budować obecność w internecie...
ReplyDeleteJa to piszę odpowiadając na niewyartykułowaną (lub wyartykułowaną zbyt skromnie) potrzebę posiadania włąsnego labu aby być własnym PI. Zbudowanie startupu jest lepszą opcją, bo nie jest się zależnym od strumienia kaski, do której rości sobie prawa lub ma uzasadnione prawa np. grupa głodnych dzieci w Afryce itp.
ReplyDeleteKoszt czołgu takiego jak na filmiku reklamowym powyżej to więcej niż 10 milionów EUR. Za taką sumę można ufundować kilka grantów, kupić najbardziej luksusowy mikroskop krioelektronowy lub inny sprzęt. Dlatego postanowiłm zrezygnować w ogóle z afiliacji z systemem naukowym krajów, ktróe zamiast nauki i rozwoju wydają pieniądze na broń amunicję i armię (oraz mają w swoim systemie ekonomicznym prywatne firmy zbrojeniowe), bo to łatwy pieniądz, zarabiany jesli zrobi się dla niego dopowiedni rynek. Gdyby na świecie promowano pokój i rozwój, to firmy militarne nie miałyby z czego czerpać syałych stabilnych zysków. Gdy uświadomiłem sobie, że naukowcy żebrzą o granty i dostają je jak okruszki spadające z ręki cezara, a armia "służy i jej się należy", to z pododu demoralizacji stwierdzam, że bycie naukowcem opłacanym z systemu państwowego wcale mnie nie interesuje. To co jest cool to idea podobna do "victorian scientist".
ReplyDeleteWłaśnie Facebook zażądał ode mnie skanu danych biometrycznych w postaci selfie. Nie miałbym nic przeciwko, bo miałem zamiar i tak robić tam video reels. Jednak biorąc pod uwagę GDPR oraz fakt, że tego typu informacje platforma przetwarza i przekazuje całkowicie bez kontroli (bo nigdy nie przeczytałm ich regulaminu) mogę oficjalnie stwierdzić, że w moim przypadku to system wypluł mnie, zmuszając do udowadniania, że jestem człowiekiem. Dochodzę do wniosku, że takie zcentralizowane platformy są szkodliwe dla społeczeństwa, ponieważ swoimi mechanizmami warunkowania behawioralnego modyfikują zachowania użytkowników w kierunkach, na których zależy systemowi. Znacznie lespzym rozwiązaniem są własne blogi, Fediverse włącznie z PeerTube, Można nawet przyjąć założenie, że odnoszenie korzyści z marketingu w takich platformach jak fb jest nieetyczne i może wpływać na "percepcję marki" osób lub organizacji, które z nich korzystają.
ReplyDeletePrzemysł gier komputerowych daje odpowiedź na to, czym jest zmuszanie użytkownika do udowandniania bycia człowiekiem poprzez skanowanie twarzy przy użyciu fotogrametrii (bo dokładna instrukacja jakiej udzielił mi Facebook to ta sama procedura jakiej używają neobanki, lub metoda używana do rekonstrukcji powierzchni właśnie w mikroskopii krioelektronowej) - rekonstrukcja powierzchni ze zdjęć. Problem polega na tym, czy w wyniku takiej operacji nie powstaje jakiś zbiór danych na poziomie "AI" lub "complex information processing", który tworzy firma i przekazuje gdzieś dalej, np. do tajnych służb lub do ludzi współpracujących z MiB (bo identyfikacja Obcych jest szczególnym problemem - w Men In Black 1 postać little girl jest identyfikowana jako groźny bandyta). Aby stwierdzić "humanizm" wystarczy problem typu captch-a lub pochodzna, gdzie wiadomo, że systemy "AI" nie są w stanie tego rozwiązać, skany twarzy są formą wręcz skandaliczną, na pzoiomie reżimu totalitarnego, lub własnie sceny z Wolfenstein New Order: https://www.youtube.com/watch?v=DfhOWtXxxT0 "I recognize your face".
ReplyDeletePrzy czym jestem całkwicie przeciwny przemocy w grach video i kulturze, ponieważ wywołują u mnie PTSD (pomijam normalizację przemocy jako wpływ społeczny). Self dosclosure: straciłem pracę na polskiej uczelni w bartdzo efektowny sposób po wyrażeniu sprzeciowu wobec militaryzmu - miałem być współautorem publikacji i pracować w ramach projektu zakłądającego militarne zastosowania biotechnologii. Biorąc pod uwagę, że w Polsce nie ma pracy w tych barnżach wcale (proponuję zastanowić się czemu PTBI lub IIMCB nie posiada żadnych ofert: https://www.ptbi.org.pl/website/offers/jobs/ https://genesilico.pl/index.php/employment , a inni pracodawcy w ogóle nie zatrudniają naukowców, co ma wyraz w istniejących tekstach o dyskryminacji: https://www.science.org/content/article/when-phd-stands-problematic-hiring-detriment to taka utrata pracy za poglądy jest szczególnie dotkliwym zjawiskiem i wpływa na ocenę rzeczywistości.
ReplyDeleteNiech to będzie ostrzeżeniem i przykłądem dla wszystkich pracowników uczelni: tzw. "academic freedom" lub "freedom of thought and speech" to pułapka, zachęcająca do naiwnej self-ekspresji, gdy to nastąpi, dzieje się dokładnie jak w polskich dowcipach o reżimie, gdzie "wolnośc słowa istnieje, ale nie wolnośc po słowie". Jako że mój support dla antymilitaryzmu sięga do poziomu tych protestów antyinwazyjnych, gdzie został naruszony podstawowy mechanizm nie eskalowania incydentów i używania ich jako pretekstu dla rozwijania sutuacji kryzysowych, a jak piszą w Wiki jest to największy fail "wolnego świata" https://en.wikipedia.org/wiki/Protests_against_the_Iraq_War to sytuacja, w której nie chcę uczestniczyć w badaniach, gdzie autentycznie, PI współpracuje z firmami militarnymi a jednym z zastosowań jest używanie biotechnologii do usprawniania i monitorngu pola walki, ja komunikuję to najpierw grzecznei szefowi, i odmawiam a potem dostaję instrukcję od władz uczelni, gdzie zmuszają mnie do podpisania lojalki z Rektorem i rozwiązania umowy zatrudnienia za obopólną zgodą obu stron, jest wyrazem mojej naiwności (bo nie miałem ochoty na walkę o swoje interesy). W obecnej sytuacji z rynkiem pracy efekty ekonomiczne są takie, że jadę na pokaźnych kredytach i uznaję, że nie jestem w ogóle częścią Dumnej Cywilizacji Zachjodu i Świata Białego Człowieka. Na poziomie emocjonalnym moje wrażenia są dokładnie takie same jak głównej bohaterki filmu Underwater, - "podejmowanie decyzji z konsekwencjami" : https://www.youtube.com/watch?v=fM9NUoQEUkc po czymś takim mam poważne wątpliwości czy w ogołe warto być częścią państwowego lub w ogole zoragnziowanego i formalnego systemu akademickiego.
ReplyDelete