Saturday, 14 November 2015
How to fight terror
Many people today have expressed their helplessness against the terrorism. What can we do, as normal people with no political power, to fight it? Are we powerless against it?
I thought about it for a while. What do the terrorists stand for? They go by their name. They want to create terror.
They use one core mechanism that all human relations rely on.
Human emotions are contagious. Fear goes viral, as does pain and hatred. Sometimes, when people get heated up, you can almost feel the pressure in the air. To do something else, to feel something else, looks like betrayal.
Do you know that we are connected with everybody on Earth just by six handshakes? When something big happens in the world, either evil or good, the shock wave gets to us sooner or later.
War spread this way. Hatred does. We are primed to sense danger and react to it. This is only natural. But to a certain degree we can fight it and counteract it.
See, this blade has two ends.
Networks between people work both ways. Good spreads just like evil spreads. It seems weak, because it works quietly. It needs more deeds done. But in the end, this is what makes a civilization thrive. This what causes that we did not all kill each other yet.
So fight terrorism.
Fight evil with good.
Fight fear with laughter.
Spend time with your child. Forgive someone. Make good art. Make love. That old neighbor of yours? Help her shopping. Read a book. Donate blood. Donate to charity.
If you feel that my proposition is too Pollyanna-ish or feel-good, if you feel anger, use the anger. Go more radical.
Volunteer to charity. Subscribe for bone marrow donation. Pay for a full treatment of a rescue cat. Commit to helping financially that old neighbor of yours. Do something that is a serious financial, or personal effort to you and brings good to your community at the same time.
Shouting and protesting, even in a cause you believe in, doesn’t count. It won’t have the same effect.
This is serious, people.
This is the only way.
The only way to fight death is by living.
Monday, 7 September 2015
Nie straszcie mi babci
Ja sobie przypominam, powiedziała babcia, jak gonili nas Niemcy. Po powstaniu wyganiali ciocię i babcię staruszkę, a za nimi od razu podpalali domy.
Było tych wspomnień więcej i detalicznych, bo babcia ma dobrą pamięć. Miała wtedy jakieś dwanaście lat.
Słuchałam i miałam ochotę przejść się do budynku telewizji, dać jednemu z drugim plaskacza i wrzasnąć - wy durne pały, nie straszcie mi babci.
Więc: rozumiem lęk. Jakieś dziesięć lat temu, po zderzeniu z rzeczywistością, dorobiłam się nerwicy. Pozbyłam się jej - łatwo mówić, trudno zrobić. Rozplatałam nitka po nitce, wyłuskiwałam emocje, rozpoznawałam, co w rzeczywistości wymyśliły moje stare ewolucyjnie części mózgu, żeby postraszyć racjonalną korę mózgową. I teraz dostrzegam objawy tej samej nerwicy w ludziach. To jeszcze nie jest prawdziwe zagrożenie, tylko wasze emocje; macie do nich prawo, ale warto by je opanować i zaradzić im na spokojnie.
Jesteśmy popękanym pokoleniem, ułomnym i nadmiarowym, wychowywanym w świecie rozpadającej się starej rzeczywistości i nieuformowanej nowej, przez ludzi straszonych w szkole bliskością trzeciej wojny światowej, którzy z kolei byli wychowani przez pokolenie potrzaskane wojną. Na dobrą sprawę każdy Polak nadaje się na terapię, ale większość próbuje się leczyć ze swojego popękania sama. Albo przenosi to na dzieci.
Podczytując rozmaite wypowiedzi w temacie, jak zwykle mogłam liczyć na Hosera. Ten facet jest absolutnym antywzorcem moralności, głosicielem małostkowości, kabotynem i tchórzem uciekającym przed ważnymi problemami w pierdoły takie, jak np. new age’owe naszyjniki noszone przez licealistów oraz niezgodne z oficjalną linią gusta muzyczne. Poważnie wam mówię, jeśli chcecie wiedzieć, jak być dobrym człowiekiem, posłuchajcie Hosera i zanotujcie sobie, żeby nie robić tak jak on. Twórcy naszej młodej demokracji - a przynajmniej chadeckie skrzydło - mieli nadzieję, że obecność Kościoła w ustroju państwowym złagodzi naszą transformację, przypominając nam o chrześcijańskich wartościach, miłości bliźniego, bezinteresownym altruizmie, więziach międzyludzkich itp. No i rzeczywiście, co się Hoser odezwie, to mi o tym wszystkim przypomina, tak, jak susza skłania do myślenia o deszczu.
Dobre uczynki są z zasady altruistyczne. Nie spodziewamy się niczego w zamian. Nie kalkulujemy, czy to są fajni uchodźcy, czy niefajni, czy nam się przydadzą i opłacą, i czy będą chrześcijanami. Nie jęczymy - a dlaczego my, a dlaczego ten czy ów nie pomógł. Nie płaczemy, że mamy dać nasz wdowi grosz biedniejszym od nas - ułamek budżetu na ilość ludzi zdolną się pomieścić w kilku szkołach podstawowych (bo tylu ma ich wziąć Polska). Na zdolności do bezinteresownej pomocy opiera się nasza współczesna cywilizacja i żeby się utrzymała, należy nadal tę zdolność pielęgnować. Mimo lęku.
Napisałam kilka notek temu, że się boję. Doprecyzuję: boję się wzbierającego w ludziach zła i ciemności, ale na to nic nie mogę poradzić.
Jedna znajoma publikuje co straszniejsze dokumenty o uchodźcach i pyta się dramatycznie, komu wierzyć i co jest prawdą - chociaż sama już i tak wie, że będzie wierzyć własnemu lękowi, i nie pozwala się uspokoić. Otóż żeby zrozumieć, jacy naprawdę są ci uchodźcy - biedni i wystraszeni, czy też brutalni i niebezpieczni - wyobraźcie sobie Warszawę znowu na uchodźctwie. Ziutka z Grażyną, i państwo profesorstwo, i dresików z ławeczki, i dobrych uczniów, i biurową klasę średnią przerażoną, że ich nieposzczepione dzieci zachorują na polio. Znaczy - ja wam tego nie muszę mówić, prawda? Wybuch lęku bierze się właśnie stąd, że dobrze to sobie wyobrażacie. I wiecie, który z waszych znajomych by się rozchorował, który pobiłby się z policją, a który zakasał rękawy i zabrał się do pracy, nieważne jak marnej. Kto byłby zwykłym dupkiem (bo kto bohaterem, to trudno stwierdzić na zapas - zwykle są to osoby całkiem niespodziewane). A komu obozy dla uchodźców być może nie bez powodu zaraz skojarzyłyby się z łagrem i wywołały zaraźliwą w tłumie panikę.
Jestem z popękanego pokolenia, kształtowała mnie transformacja ustrojowa, w opiece nade mną i bratem pomagała prababcia, która przeżyła dwie wojny. Miałam nerwicę, której objawy nauczyłam się rozpoznawać. Wychowanie mówi mi, że nie ma co się łudzić - będzie źle; nasz świat, ten tutaj w Europie, znowu wchodzi w cykl kryzys ekonomiczny - autorytaryzm - wojna. Nadzieja mówi, że może rozejdzie się po kościach.
Umysł racjonalny twierdzi natomiast, że tak naprawdę to nic nie wiadomo.
Wniosek z tego taki, że trzeba mocno stanąć na dwóch nogach; robić to, co można z tym, co się ma, łapać wiatr w poły kurtki i patrzeć w deszcz, choćby i na skraju przepaści. Nie nakręcać się, przekazując kolejne bity strachu w filmach kręconych ze scen uchodźctwa. Tu naprawdę niewiele jest do zrozumienia. To już było. Po wielokroć.
Mamy więcej do stracenia, niż nasze z trudem wybudowane, relatywnie wygodne dorosłości. Jeśli i u nas się zacznie, jeśli rzeczywiście Europa wchodzi w stare koleiny, to właśnie z tych wartości zrobi nam sprawdzian. To od nich będzie zależało przetrwanie wszystkiego, co nam drogie. Im lepiej je zachowamy, tym większa nadzieja, że pozbieramy się, posklejamy i jak wcześniej odbudujemy. Jeśli będzie ciężko, poradzimy sobie. Jeśli będziemy wciąż umieli być razem ze sobą.
Jak trzeba, to pomagajmy.
A na razie, durne pały, nie straszcie mi babci.
Tuesday, 14 July 2015
Człowiek-sąsiad
Wczoraj to ja byłam człowiekiem-sąsiadem przez jakieś pół godziny, kiedy montowano mi siatkę na kota (kot do dziś jest obrażony).
Ale bywają przypadki ekstremalne.
Tak, że teges, w drodze do pracy napisała mi się piosenka punk rockowa. Gdyby ktoś chciał użyć i zaśpiewać, jak zwykle zachęcam.
Człowiek sąsiad
Budzisz mnie o szóstej rano
"Przecież nie ma ciszy nocnej"
Dźwięk wiertarki udarowej
Coraz mocniej, coraz mocniej
Człowiek sąsiad, człowiek sąsiad
Beton w głowie, złota rąsia
Napierdala w środku nocy
Znikąd rady i pomocy
Jest sobota, jest robota
Już rok trzeci jak się wierci
Wszystkie psy szczekają w bloku
Ryczą w bloku wszystkie dzieci
Człowiek sąsiad, człowiek sąsiad
Napierdala z każdej strony
Lecą tynki jak śnieżynki
Każdy lekko jest stłamszony
Pędzisz więc do autobusu
I uciekasz do roboty
Będziesz nadzorować remont
Za tych marnych parę złotych
Człowiek sąsiad, człowiek sąsiad
Znów boruje z konieczności
Aż się wreszcie cała Polska
Ugotuje ze wściekłości
Sunday, 10 May 2015
Był sobie kraj
Nie jestem orłem analiz politycznych, ale wstawiłam tę krótką przypowieść po to, aby ktoś może lepiej ją ubrał w słowa.
Był sobie pewien kraj, który długo nie mógł się zdobyć na suwerenność. Wreszcie wskutek zawirowań historii udało się przeprowadzić rewolucję, i to tak bezkrwawą i relatywnie bezproblemową, że myśliciele nazywali ją pluszową rewolucją (*). Kraj odzyskał suwerenność, rewolucjoniści poobsadzali kluczowe stanowiska i zaczęli realizować swoje pomysły. W pulę pomysłów wliczała się demokracja obywatelska i okazjonalne wybory na rozmaite urzędy.
Ponieważ nie mieli szczególnego pojęcia, co zrobić, jak już ta cała rewolucja będzie zrobiona, czasem się kłócili, a czasem mylili. Wskutek tego czasami w wyborach wygrywali kontrrewolucjoniści, oczywiście ci mniej zatwardziali, którym tak naprawdę pluszowa rewolucja bardzo się spodobała i dołączyli do realizowania pomysłów, żeby wrzucić parę swoich (oraz dostać sławę, chwałę i pieniądze). Z czasem dołączyli ci, którzy rewolucjonistom nosili teczki, a teraz bardzo chcieli mieć swoje pięć minut. Poza tą grupą mało kto znał jakichkolwiek przywódców, więc tak to się mniej więcej obracało.
Tak minęło pięć lat, dziesięć, dwadzieścia… wreszcie okazało się, że kraj dobił dwudziestej piątej rocznicy suwerenności.
I okazało się, że powoli wyłania się pewien problem.
Otóż był to najdłuższy okres suwerenności od mniej więcej trzech wieków. Precedens, którego do tej pory kraj nie zaznał. Poprzedni okres suwerenności, który często przywoływano z sentymentem i nieco na wyrost stawiano za wzór, był krótszy i nie zdążył się nawet dorobić problemów, które teraz należało rozwiązać. Na przykład już bardzo dobrze było widać dalekosiężne skutki pierwszych pomysłów po rewolucji, ale jeszcze nikt nie miał pomysłu, co zrobić z tymi negatywnymi.
Co gorsza, grupka rewolucjonistów, kontrrewolucjonistów oraz groupies obydwu stron z pamiętnych czasów postarzała się. Część z nich przeszła na emeryturę, kluczowi myśliciele poumierali. Na stanowiskach (oraz w opozycji) została już tylko niewielka ich część, ale wszyscy doskonale widzieli, że i to się najdalej za kilka lat skończy.
Powoli stawało się jasne, że nie bardzo wiadomo, kogo wybierać i co robić.
Ta opowieść nie ma zakończenia. Rozegra się ono nie w te wybory, ale za pięć, może dziesięć lat.
Nie wiemy, czy rzeczony kraj, który nie tylko odzyskał suwerenność, ale także przeżył ją na tyle długo, żeby powoli zrzucać z siebie kontekst rewolucji, znajdzie pomysł na siebie. Ma jakąś szansę. Wbrew temu, co się mówi, jest już normalnym krajem. Normalne kraje nie są utopiami, tylko mają normalne problemy i je rozwiązują.
Możliwe, że wygrają ci, którzy uważają, że najlepszym wyjściem jest zorganizowanie jakiejś drugiej rewolucji, żeby pojawili się nowi rewolucjoniści, kontrrewolucjoniści oraz groupies. I tym razem, zapowiadają, nie będzie ona pluszowa.
Nie wiem jak wy, ale ja bym wolała, żeby kraj skorzystał z historycznej szansy i wreszcie porozwijał się bezrewolucyjnie. Wyłonił nierewolucyjnych i nierewolucjonizujących przywódców - przecież nikogo nie trzeba już zrzucać. Podyskutował, jakie skutki dokonanej rewolucji się nie podobają i co by może zmienić tak, żeby było dobrze - przecież nikt nie zabrania. Zaczął wreszcie, bez zrywania ciągłości historycznej, orać swoje poletko i meblować domek. Ja wiem, że to jest mniej romantyczne, ale w sumie można spróbować.
Bo właściwie dlaczego nie?
(*)przepraszam za parafrazę - mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam :)
Saturday, 14 March 2015
Świeżo odmrożony mamut
Otworzyłam sobie katalog ze śmietnikiem zawierającym Pierwsze Miasto (trzeci tom Miasta Magów) i oglądam, i zastanawiam się, jak się wcisnąć w te stare gacie. Na razie wygląda na to, że trzysta tysięcy znaków idzie do kosza albo na surowiec wtórny, a ja opracowuję nowy plan działania. Przeraźliwie zdezaktualizował mi się początek, rzeczywistość okazała się bezlitosna i wykluła mi całe państwo ekstremistów rozpirzających dokładnie te zabytki, które jedna z bohaterek miała eksplorować. Oglądam inne pomysły sprzed kilku lat i mam wrażenie, że już mi nie odpowiadają, ale może wrażenie jest błędne i niektóre z nich ożyją na nowo. Tego akurat nigdy nie wiadomo.
Kręcę się też niespokojnie po okolicy. Mózg mam na razie całkowicie wyjałowiony, nie produkuje nic nowego, ale już coś by chętnie wchłonął, pouczył się, wrzucił na blachę nowe książki, miejsca, fakty. Pierwsze zmęczenie, znaczy się, minęło. Ale jeszcze nie wróciłam do pełni sił umysłowych. Idzie pierwsza wiosna od dłuższego czasu, kiedy nie mam niczego dużego do zrobienia - najpierw to był doktorat, później pierwszy tom Asystenta - i trochę się czuję jak przybysz z przeszłości, którego odhibernowano po tysiącleciu. A może mamut. Ale zapewniam, że nie nadaję się na gulasz.
Zredefiniować by się trzeba. Napaść na bibliotekę, wyjść ze strefy komfortu. Odgruzować wiernego ruma... rower, odkurzyć balkon z roślinkami. Znaleźć atrakcje na mieście. Coś polecacie ciekawego, dziwnego, fajnego?
Monday, 9 March 2015
Czekając na bestseller
Tytuł dzisiejszej notki wyraża oczywiście moje nadzieje dotyczące świeżo ukończonej powieści w dwóch tomach, pt. „Asystent czarodziejki”. Ktoś może wziąć je serio, więc doprecyzuję, że na razie nawet nie wiem, jak będzie z drukiem. Z wydawnictwem jesteśmy po słowie, ale nic konkretnego; w tej chwili wszystko może pójść w dowolną stronę. Możecie trzymać za mnie kciuki. Od razu przepraszam, że nie jestem tak hojna wobec bet, jak zamierzałam, ale chyba niezupełnie mi wolno.
O czym w ogóle piszę?
„Asystent czarodziejki” to powieść fantastyczno-przygodowa. Główny bohater, Vincent Thorpe, prawie od ćwierć wieku pełni rolę asystenta ekscentrycznej szlachcianki-czarodziejki, Margueritte de Breville de Branche d’Ambre. Przynosi, podaje, zamiata, a także regularnie naraża życie podczas prac terenowych. Do wypełnienia kontraktu został mu niecały rok - wkrótce Vince przejdzie na wczesną emeryturę, ożeni się i zacznie prowadzić spokojny żywot domatora. A przynajmniej właśnie tego pragnie. Niestety, los ma wobec niego zupełnie inne plany…
Tyle wstępu. Trudno mi z czymkolwiek porównywać dwutomową knigę, nad którą spędziłam dwa lata. Jeszcze nie nabrałam dystansu. Jest to takie fantasy, spod którego wychodzi s-f, jeśli się trochę poskrobie. Istnieją dwa równoległe światy, z czego jeden ma kulturę lekko stylizowaną na koniec XIX wieku w wiktoriańskiej Anglii, a drugi - na przełom średniowiecza i renesansu we Francji. Są królowie, księżniczki, baronowie i kawalerowie, są smoki i wyższa matematyka jako podstawa magii. Są czarodzieje, którzy zachowują się jak naukowcy oraz czarna magia, która w niektórych aspektach przypomina radioaktywność. Wykorzystałam rekwizyty znane z fantasy, tyle że po swojemu. Jest rozrywkowo, ale starałam się nie obrażać intelektu czytelnika.
Krótko mówiąc, napisałam sobie książkę, jaką bardzo chciałam przeczytać, ale jakoś nigdzie nie mogłam znaleźć.
Jeżeli książka zostanie przyjęta, zacznę ogarniać kwestie promocyjne. Przydałoby się, na przykład, opracować jakiś imydż, co przyprawia mnie o ból głowy od samego myślenia, bo nie mam wielkiej wprawy w robieniu wrażenia, jestem raczej spokojną jednostką o naturze laboratoryjno-biblioteczno-leśnej, pokroju nerd, w porywach do geeka. Do tej pory mogę się dzielić refleksjami na blogu. Może nieco częściej niż dotychczas. Książka, bądź co bądź, ukończona.
(co mi przypomina, że muszę przejrzeć Mandalę, wyciąć z niej kawałki przyprawiające o zakłopotanie i też puścić dalej).
Subscribe to:
Posts (Atom)