Saturday, 14 October 2017

Dzień dobry. Tak po dłuższej przerwie.


Może powinnam się wytłumaczyć. Książki wychodzą, promocję wypadałoby robić, a ja tymczasem schowałam się do mysiej dziury. Nie pojawiłam się na Polconie ani na Coperniconie. Co się stało? Otóż widocznie pierwsza połowa roku szła mi zbyt dobrze i dlatego rzeczywistość w tej drugiej postanowiła się odwinąć. Reszta jest prywatna i nie chcę was zasmucać. Jeśli coś w tym czasie jednak zrobiłam, czegoś dotrzymałam, gratuluję sobie niezmiernie, bo naprawdę nie było ku temu warunków.

Z pozytywnych spraw: rzeczy, które puściłam w ruch, a przynajmniej brałam w tym udział, działają właściwie same. Nasza katalogowa grupka Fantastic Women Writers of Poland obiega krajowe konwenty pod nazwą Harda Horda. Ja sama do normalnej aktywności pewnie wrócę mniej więcej w drugiej połowie listopada. W tej chwili nadrabiam rzeczy, których nijak nie mogłam dopilnować, czyli na przykład informuję was, że Cień Gildii już jest w sprzedaży. I w dodatku są już pierwsze recenzje, bardzo pozytywne! Gdyby nie było w waszych Empikach, bądźcie dostatecznie upierdliwi. Przy okazji, nie ma już Utraconej Bretanii, więc też sygnalizujcie, bo odrobina tytułu leży jeszcze w magazynach i jak będziecie dostatecznie uparci, to może wystawią na półki.

O tutaj okładka Cienia Gildii, bardzo piękna:


Storybox zrobił też audiobooka Asystenta Czarodziejki. Wiem z dobrych źródeł, że powstają kolejne.


Poza tym nadrabiam lektury i regeneruję zdrowie, rozważam także powrót na karate. Tak, to samo, które trenuje Vince, tyle że w przeciwieństwie do mojej przyjaciółki Renshi Justyny (Edit: dopytałam, ma już 5 Dan) nigdy nie doszłam dalej, niż żółty pas. To jest taki etap w moim życiu, że człowiek powinien dokonać przewartościowania, trenować z japońskim staruszkiem pod wodospadem na palikach (jeśli zacznę treningi i dotrwam do grudnia, do Warszawy przyjeżdża mistrz szkoły (Hanshi Nobuo Ishikawa), chociaż zamiast wodospadu będzie zwykła sala do ćwiczeń) i zakupywać chatki na rozlewiskach, ale jakoś wiecie, nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy.

Chatkę na rozlewiskach w sumie już mamy, w sensie ma ją moja rodzina, bo mnie nie stać, nawet nad tym samym jeziorem Kalwa. Okolica zupełnie nie wygląda tak romantycznie, jak popkultura próbuje udowodnić, chociaż od wielu lat tam nie jeżdżę i nie wiem, w jakim stanie jest podupadły ośrodek wczasowy, czy w jeziorze biorą leszcze oraz czy nadal można spotkać na kąpielisku niemieckich naturystów. Ale jeśli tam pojadę, rodzice będą chcieli, żebym zbierała grzyby. Stanowczo wolę plan A: w listopadzie lecimy do Japonii i zobaczymy muzeum Ghibli.

Być może to się liczy jako pielgrzymka duchowa. I dobrze, bo trzeba wreszcie zacząć pisać Ukrytą Fortecę.

9 comments:

  1. "Utraconą Bretanię" udało mi się cudem zdobyć na... Festiwalu komiksów :) Dobre książki można odkryć w całkiem niespodziewanych miejscach :)

    ReplyDelete
  2. Czytałam gdzieś, że Kroniki skończą się na czterech tomach, prawda to? Jestem pewna, że słyszałam o sześciu, ale mogę się mylić. :)) Cienia Gildii jeszcze nie czytałam, ale pozytywne opinie cieszą, już nie mogę się doczekać. ♡

    ReplyDelete
    Replies
    1. Będą ostatecznie cztery, tak wyszło. Oczywiście mogę gdzieś jeszcze później wykorzystać inne pomysły.

      Delete
  3. Hm, 4 tomy - ale jak to liczyć?
    Bo dla mnie Asystent Czarodziejki i Utracona Bretania to jakby 2 części 1 tomu poświęconemu Bretanii. Cień Gildii to - 1 część historii 2 tomu opowiadającemu o Alborii. Powiedzmy, że ta historia zostaje dokończona w następnej książce.
    Wypadałoby machnąć jeszcze 1 historię, nazwijmy ją ładnie zwieńczeniem :) , o tajemniczej Alterze (chyba przekręciłem nazwę - przepraszam) - może być w 2 tomach.
    Jakby nie liczyć - wychodzi 6 :) .
    No tutaj cierpię na pewne rozdwojenie jaźni - nie za bardzo lubię tasiemcowe, nadmuchane serie - przeważnie to czysta komercha. Jeżeli brak ci weny i masz Kroniki Rozdartego Świata ciągnąć na siłę, może rzeczywiście lepiej je zgrabnie zakończyć niż mierzwić się z dalszym ciągiem. W sumie czytając tego bloga mam wrażenie, że pisanie oprócz realizowania twojej pasji ma być równocześnie pewną odskocznią od życia zawodowego.

    Moje uwagi do Cienia Gildii - fajnie, że mogę je napisać na blogu autorki, to mile łechce moje ego - są bardzo subiektywne i proszę nie przejmować się nimi zbytnio.
    Lubię utwory dynamiczne, rozumiem przez to, że np piosenka oprócz partii z szybkim tempem zwalnia w pewnym momencie, daje również spokojniejsze chwilę do wytchnienia. Bardzo dobre pod tym względem były poprzednie tomy, w Asystencie początkowo akcja rozwijała się dość leniwie, w Bretanii też były pewne spokojniejsze momenty. Bardziej mi odpowiadało takie ułożenie fabuły niż w Gildii, gdzie tempo od samego początku (incydent na moście) rwie galopem i nie zwalnia ani na chwilę. Wiem, może jestem dziwny, wszyscy żądają większego pędu, mocniejszych bodźców, intensywniejszych wrażeń, ale nie dla mnie ta nieustająca pogoń - pewnie się starzeje i wypadłem z grupy docelowej :)
    Pewnym niedociągnięciem w fabule są dla mnie zbiegi okoliczności, konkretnie ich nadmiar, bo zazwyczaj autor używa ich gdy nie ma pomysłu jak popchnąć akcję w wybranym przez siebie kierunku. Wiem, że nieszczęścia chodzą stadami, ale starczy jak Vince natknię się na szpiega Iglicy prawie w 1-szym miejscu gdziekolwiek się uda, a nadgorliwy Edward daje znać o jej miejscu ukrycia. Do tego wcześniej półaktywny ratownik odlatuje ze zregenerowanym pełnym zapewne żródłem, a Meg budzi się z 5 jednostkami.
    Ok, w tej placówce naukowej prowadzono badania nad pustką i ulokowanie tam agenta Iglicy ma jakies uzasadnienie w fabule, ale z założenia miała to być organizacja o mikrozasobach, również kadrowych.

    Tyle uwag negatywnych. Nie zgadzam się z recenzją Kronik w Katedrze że, konstrukcja w Asystencie i Bretani miała bardziej liniową i jednowątkową konstrukcję niż w Gildii. Jak dla mnie i tu i tu jest podobnie, i jest dobrze. Bardzo oddpowiada mi niechronologiczny sposób opowiadania - mam z tego dodatkową frajdę, chociaż może być to mylące dla niektórych czytelników. Jest to też pewny sposób na porażkę dla mniej sprawnych warsztatowo autorów książek, czy reżyserów filmowych, a tutaj wszystko gra i buczy. Jak zwykle najwięcej radości dostarczały mi 2-go rzędne zdarzenia z tła głownych wydarzeń, np nazwy gazetowych nagłowków, tytułow książek ze straganów (Asystent Czarodziejki Historia Prawdziwa) itd. Takie drobiazgi nieodmiennie dają najwięcej radochy i są dla mnie wisienką na torcie.
    W sumie, moej uwagi dotyczą 2-go i 3-cio rzędnych drobiazgów lub są bardzo osobiste - nie mam sie do czego innego przyczepić. Czekam na kolejne książki.

    ReplyDelete
    Replies
    1. OK, mam tylko jedną replikę - ratownik nie jest półaktywny, to jak najzupełniej pełny czarodziej pozbawiony ambicji, zależało mi, żeby pokazać, że tacy też istnieją. A że jest wprawny, wystarczy mu kilka godzin snu na odrobienie mocy potrzebnej do latania (podczas, gdy Meg nie spała). Takie detale czasem trudno opisać nie uciekając się do czysto RPGowej mechaniki.
      Vince jest śledzony od kiedy spadł, bo agenci wylądowali gdzieś w okolicy i robią swoje. Ale połowa z tego to i tak jego paranoja.

      Delete
    2. Jeśli chodzi natomiast o trzecią część historii o trzeciej części kontynentu, to niestety chęci i wena muszą ustąpić realiom rynkowym. KRŚ są lubiane i czytane, ale nie stały się bestsellerem i nic nie uzasadnia ciągnięcia serii poza 4 tom. Tym bardziej się cieszę, gdy zyskują zainteresowanych i zadowolonych czytelników. Jeśli dostanę kiedyś szansę kontynuacji, to będzie już trochę odrębna historia, być może z innymi bohaterami (nowym pokoleniem?).

      Delete
    3. Zawsze interesowała mnie zmiana sytuacji na rynku (czy szerzej na świecie) związana z rewolucją technologiczną. Dla przykładu w segmencie telewizyjnym najpierw pojawiło się mnóstwo nowych stacji tematycznych. Widz mógł, po zainstalowaniu tv satelitarnej czy kablówki oglądać mniej więcej to co chciał wybierając pilotem np kanał s-f. Obecnie w dobie internetu i tv internetowych typu net-flix mogę oglądać praktycznie co mi się żywnie podoba i kiedy mi się żywnie podoba. Jeżeli nie zważam na prawa autorskie dostępność treści jest nieograniczona, z poszanowaniem tychże niewiele gorzej.
      Czy podobnie nie jest lub powinno być na rynku wydawniczym książek?
      Rozumiem problemy pisarzy początkujących - oni mają gigantyczny problem z przebiciem się i dotarciem do świadomości czytelników, ale dla kogoś z wyrobionym nazwiskiem, ze spopularyzowaną już serią choćby na średnim poziomie chyba nie powinno to stanowić problemu, czyż nie? Istnieje przecież coś takiego jak ebóki i istnieje klientela - sam wszystkie dotychczasowe 3 tomy nabyłem w wersji elektronicznej jak to się ładnie nazywa. Rozumiem , że są pewne techniczne pułapki. Np nigdy nie kupuję ebóków wydawanych w Ridero bo w żadnej księgarni nie mogę pobrać darmowego fragmentu do oceny z publikowanych u nich ebóków. Nie mniej jednak istnieją chyba jakieś dobre platformy do samopublikacji (self-publishing) w PL.
      Co obecnie jest przeszkodą w wydawaniu swoich książek dla osób które i tak praktycznie żyją z czego innego?

      Delete
    4. Ebooki zawsze sprzedają się bardzo marnie, to niewielki krąg zainteresowanych. Łatwo utonąć w morzu słabych publikacji. Lepiej mieć papier. Pisarz już publikujący w tym momencie po prostu poświęci swój czas i wysiłek innej powieści, żeby poszerzyć krąg czytelników. KRŚ mają dobry odbiór, z początku trafiły po prostu do czytelników zbyt młodych. Ale te książki nadal istnieją, i czytelnicy dla nich również, kłopot w tym, że jedno musi spotkać drugie (i wiedzieć, że istnieje), a z tym jest w Polsce problem, to trudny rynek. Ale jeśli się uda, to może być tak, że da się do cyklu wrócić (o ile mi się jeszcze będzie chciało).

      Delete
    5. Poczytałem sobie o rynku e-bóków w Polsce - niestety obecne szacunki to max 5%.. :(
      Ale dobra wiadomość jest taka, że rosną 50% rocznie. Być może wejście Amazona i związany z tym marketing będzie przełomem w e-czytelnictwie. W sumie to mam do ebóków ambiwalentne uczucia, bo żal mi drukowanych książek. Elektroniczne publikacje mają też swoje wady, np na czytnikach bardzo marnie prezentują się okładki. Ostatnio będąc w księgarni oglądnąłem sobie okładkę Gildii i dotarło do mnie, że mi się podoba. Popatrzyłem też na okładki poprzednich tomów - też nie najgorsze, chociaż sepia Cienia Gildii przemawia do mnie podwójnie ;).
      Wracając do rynku ebóków - mam nadzieję, że przyniosą więcej niezależności autorom, i ostatecznie, po eksplozji publikacji różnej jakości podniosą poziom książek w Pl. Być może jestem naiwny, ale fajnie by było gdyby autor miał więcej do powiedzenia w sprawach np dystrybucji swoich książek - bo umieszczanie KRŚ w działach dla dzieci księgarń jest rzeczywiście chybionym pomyłem jak dla mnie. Może samo-publikowanie rozwiąże pewne problemy. Pożyjemy zobaczymy.

      Delete