Zapewne zastanawiacie się, gdzie się podziałam. Albo i nie; Internet jest niestabilny z zasady i ludzie przestają blogować z dowolnych powodów.
Otóż jako grzeczna doktorantka, siedzę i piszę pracę. Obecnie przerabiam dyskusję po raz trzeci i szlag ciężki mnie trafia. Hamuję frustrację po to, żeby was przypadkiem nie zrazić, drodzy czytelnicy.
Z tego powodu: kot.
You’ve probably wonderning where I’ve been. Or you’re not; Internet is an unstable place and people stop blogging for whatever reason.
As a good PhD student should, I am writing my thesis. Currently I’m redoing the discussion for the third time and I’m getting considerably frustrated. Which I’m holding back right now (the frustration) not to put you off, dear readers.
For this reason, a cat.
Od autorki, tak na wszelki wypadek: to jest fikcja literacka. Wyciągnięte z szuflady, leżało trochę, chyba nie zatęchło. Macia.
Kiedy pierwsze testy kliniczne przebiegły pomyślnie, wpadliśmy w euforię. Korekta snu dawała tyle możliwości terapeutycznych! Na razie leczyliśmy „tylko” bezsenność i syndrom szoku pourazowego, ale w środowisku huczało od spekulacji. Przed nami rysowały się możliwości terapii niemal wszystkich znanych zaburzeń psychicznych i neurologicznych, począwszy od depresji, skończywszy na chorobie Parkinsona. Nietoksycznej i prawie pozbawionej skutków ubocznych. Bajka.
Oszczędzimy szczegółów technicznych. Zasada była prosta. Pacjent zakładał czepek z elektrodami, przesypiał w nim noc (przy problemach z zaśnięciem pierwsze sny wywoływaliśmy sztucznie) i rankiem mógł już edytować marzenia senne. Stworzyliśmy oprogramowanie, które tłumaczyło fale mózgowe na powszechne schematy. Z początku było dość proste i obsługiwało tylko parę trybów - koszmary, sny przyjemne, sny neutralne i regenerujące. Użytkownik mógł zachować te, które mu odpowiadały. I wyśnić znowu. I jeszcze raz. I jeszcze…
Po kilku - kilkunastu sesjach nagraniowych dysponowaliśmy zestawem terapeutycznym. Odtwarzaliśmy tylko zdrowe sny, zamiast pozwolić pacjentowi śnić zaburzone. Synapsy kształtowały się według prawidłowych bodźców. Pacjentom polepszało się w błyskawicznym tempie i co ważne - efekt był trwały.
Niektórzy co prawda narzekali na niewielkie problemy z pamięcią i koncentracją, ale w porównaniu z lekami skutki uboczne były zaniedbywalne.
Aparaty weszły na rynek. Ani się obejrzeliśmy, jak z eksperymentalnego sprzętu, na który mogły sobie pozwolić tylko najbogatsze szpitale, łapacze stały się standardowym wyposażeniem gabinetów psychiatrycznych i psychologicznych. Doskonale spełniały nasze oczekiwania. Leczyły lżejsze zaburzenia, pomagały w opanowaniu schizofrenii, Parkinsona i Alzheimera. Kolejne terapie i zastosowania opisywano co miesiąc w Journal of Dreamcatching. Dla wygody pacjentów i terapeutów szybko dopuszczono aparaty do użytku domowego.
Aż wreszcie stało się to, co musiało się stać, chociaż w środowisku o zastosowaniach rozrywkowych napomykano raczej w żartach. Licencję kupił jeden z największych producentów gier komputerowych. Nowy model aparatu, dysponujący kilkudziesięcioma schematami snów i przyjaznym oprogramowaniem, z dyskretną opaską zamiast czepka, zaprezentowano na targach CeBIT. Na premierę zaproszono polityków i sławnych artystów; sędziwy pisarz, Neil Gaiman, wygłosił przemowę na prezentacji.
To był początek wielkich zmian.
Na temat mechanizmów uzależnień napisano całe woluminy. Od początku liczyliśmy się z ryzykiem. Jednak własne, endogenne sny uzależniają tylko w nielicznych przypadkach i nie jest to groźny nałóg. W dodatku wzór EEG obfituje w szumy i zakłócenia, dzięki czemu marzenia senne są niepowtarzalne jak odciska palca i w surowej formie niemożliwe do odtworzenia przez inną osobę. Istniała możliwość, że użytkownicy zechcą nagrywać sny w stanie zmienionej świadomości, a tak silny bodziec, utrwalany z nocy na noc, może wywoływać te same zaburzenia, które nasz aparat miał leczyć.
Wbudowaliśmy odpowiednie zabezpieczenia, dzięki którym oprogramowanie rozpoznawało nieprawidłowe częstotliwości i w wypadku śnienia wspomaganego halucynogenami odmawiało współpracy. Przez jakiś czas nie działo się nic niepokojącego. Do użytku wchodziły właśnie pierwsze gry w wirtualnej rzeczywistości z pełną immersją, sterowane wyłącznie myślą; prym wiodły takie tytuły jak „World of Warcraft: Fantasy Unbound” i „Leisure Suit Larry: Love for the Lucky”. Nikomu się nie chciało omijać skryptów bezpieczeństwa w łapaczach snów. Nasz aparat zyskiwał opinię drogiego produktu dla grzecznych, zamożnych emerytów i pań z ruchu New Age.
Do czasu.
Rodzaj ludzki obfituje w ukryte talenty, preadaptacje, które wychodzą na jaw dopiero, gdy zaistnieją odpowiednie ku temu okoliczności. Geniusz na miarę Mozarta nigdy nie zostałby odkryty w epoce prehistorycznej, przed opracowaniem teorii muzyki. Ta prawidłowość działa również w drugą stronę - przed wynalezieniem pisma nie znano problemu dysleksji.
Nie wiemy, kto został pierwszym oneiromantą. Przeoczyliśmy pierwsze oznaki zbliżającej się rewolucji. Wiele lat później odnaleziono dyskusje pionierów w odmętach sieci, ale część archiwów zaginęła, a ci, którzy przyznali się do pseudonimów okazali się oszustami.
W każdym razie ktoś, gdzieś, pewnego dnia, odkrył, że potrafi prześnić cudzy sen bez szkody dla zdrowia i nagrać go w postaci sformatowanej, pozbawionej zakłóceń. Dostępnej dla wszystkich.
Przez pewien czas ruch oneiromancki, prowadzony przez pasjonatów, działał jako młodzieżowa, inteligencka subkultura. Wymieniano między sobą sny i omawiano ich wartość artystyczną, przestrzegając zawiłego kodeksu etycznego. W miarę jak ceny konsoli spadały, ruch zyskiwał popularność. Wreszcie tematem zainteresowała się prasa. Po kilku artykułach w New York Timesie i serii programów w National Geographic nagle wszyscy chcieli mieć łapacze, a niejeden odkrywał własny talent do przetwarzania snów.
Kodeks etyczny upadł. Powszechnie wymieniano się snami o pornograficznej lub drastycznej tematyce. Ponieważ liczba oneiromantów w populacji była niska, a popyt ogromny, zaczęto na tym zarabiać. Domorośli majsterkowicze modyfikowali konsole za pomocą lutownicy i miedzianego drutu. Szybko spełniły się nasze najgorsze przewidywania o uzależnieniach od sennych wrażeń, wielu ćpunów staczało się szybciej niż heroiniści. Kiedy pojawiła się pierwsza ofiara śmiertelna, w mediach gruchnęło. Te same gazety, które wcześniej rozpływały się w zachwytach nad łapaczami snów, domagały się ich delegalizacji.
Odkąd rozpoczęliśmy badania, wiedzieliśmy, że mniej więcej dziesiąta część populacji nie nawiązuje łączności z aparatem. W początkach mody na oneiromancję powstało zrzeszające wykluczonych Stowarzyszenie Snu Naturalnego. Teraz spośród jego członków rekrutowano bojówki, które konfiskowały przechowywane po kryjomu konsole. Znanych oneiromantów wtrącano do więzienia, bez względu na to, czy przestrzegali kodeksu, czy też nie. Kilku padło ofiarą linczu.
Prohibicja trwała przez następne dwadzieścia lat. Aparatów zakazano w większości krajów cywilizowanego świata, pominąwszy Holandię.
To stamtąd wyszły współczesne regulacje prawne, a także modele aparatów, których nie dało się już tak łatwo modyfikować. To tam tanią amatorszczyznę zastąpiły profesjonalnie opracowane marzenia senne, tworzone przez nową kategorię artystów - Śniących. Parę klasyków z tamtego okresu jest nadal powszechnie śnionych.
Zakaz od dawna jest pieśnią przeszłości. Oneiromanci i Śniący dostają państwowe stypendia. Czy pan wie, jak bardzo zbliża dzielenie takich samych snów? Mózg ludzki nocą utrwala i selekcjonuje wchłonięte za dnia informacje. Synapsy kształtują się według identycznych bodźców. Przekazując sobie sny, zaszczepiamy swoje doświadczenia, umiejętności, nawet poglądy. Jesteśmy w stanie zrozumieć się nawzajem lepiej, niż kiedykolwiek w historii ludzkości. Z początku niektórzy przebąkiwali coś o utracie wyobraźni, o szkodliwej unifikacji kultury. Ale zawsze pozostają przecież niszowe, niskonakładowe marzenia, prawda? A nadmiar wyobraźni jest szkodliwy. Nie ma nic gorszego, niż pracownik, który śni sam dla siebie, i to na jawie.
Cieszymy się zatem, że wreszcie przezwyciężyliśmy ostatnie bariery techniczne. Wasi obywatele pewnością będą zachwyceni - nowy model łapacza snów omija fizjologiczne szumy, które utrudniają synchronizację z aparatem. Dzięki niemu pański kraj szybko nadrobi - nie bójmy się użyć tego słowa - zacofanie cywilizacyjne i przykre skutki wielu lat niestabilności politycznej.
Rozumiemy, że może pan mieć pewne wątpliwości, ale proszę się nie martwić.
To się wkrótce skończy.
I was just taking a rest on the Maldive Islands, drinking wine with peals and treating myself with caviar. My diamond necklace was shining in the sun and two muscular youngsters were giving me a foot massage.
Harold came in and announced the arrival of my guest. I nodded in confirmation. I was expecting this visit. There he was, an agent of Monsanto, in an attempt to bribe the scientists. That is, me.
I am just a neurobiologist, but as an amateur writer I am enormously influential. For example, I publish essays in the internet and in the university newspapers. It is wise, thus, to ensure my loyalty.
I didn’t intend to sell myself cheap. I needed another Mercedes in my limousine collection, and my cat was addicted to shrimps. Anyway, when taking bribes, one must preserve some class. A box full of cigars is good for a MSc student. I am close to my PhD, so I must price myself appropriately.
Of course there are limits. I’d have to be a full professor to demand a private Boeing.
The agent came in, dressed in a black suit, black leather shoes and black sunglasses. He also had a sinister moustache. We have discussed for almost an hour and finally came to an agreement. A suitcase full of money had a new owner. I like cash. It isn’t very classy, but at least it gives some freedom.
I told Harold to bring champagne.
Next, I was visited by a leader of an environmental organization, who gave me diamonds to ensure that I support the hypothesis of global warming. Then, another ecologist, who wanted me to talk about dying coral reefs. Two guys from Big Pharma - one wanted me to recommend his vaccines and another, his new chemotherapeutics. It made me shiver for a while. After all I still have some conscience and it bothers me to recommend chemicals, while everybody knows that a chickpea seed stuffed under your skin cures cancer.
But who cares anyway. As a scientist I am already very depraved. I’ve just asked the pharma guy one question, to tease him a little.
- Mr… how was your name? Mr. Evil? How come you have this much money to bribe us all? Only the San Diego conference hosted thirty thousand people, and these are just neurobiologists. There are many more groups in cancer research and microbiology. Even my field, which is quite niche, is occupied by several competing teams. I know you earn a buckload on drugs, but you have also to spend them on the distribution, clinical trials, licenses, even on the boxes…
- Madame - he replied. - We don’t have to worry about mere economy. As we all know, killing people is a lucrative business. For every cadaver Satan himself gratifies us with diamonds, cocaine and rare radioactive elements.
I thought about it for a while. Then I told Harold to bring more caviar.
Siedziałam sobie spokojnie na leżaku na Malediwach i popijałam wino z perłami, od czasu do czasu przegryzając łyżką kawioru. Moja diamentowa kolia skrzyła się w południowym słońcu, a dwóch smukłych i muskularnych młodzieńców robiło mi masaż stóp.
Wszedł Harold i zaanonsował gościa. Skinęłam głową. Spodziewałam się tej wizyty. Oto nadchodził przedstawiciel Monsanto, żeby przekupić ogół naukowców, a zatem również i mnie. Ja co prawda jestem tylko neurobiologiem, ale jako pisarka mam ogromne wpływy w społeczeństwie, na przykład od czasu do czasu publikuję felietony na portalach internetowych i w czasopismach uniwersyteckich, a zatem warto zapewnić sobie moją lojalność.
Nie zamierzałam dać się tanio kupić. Do kolekcji limuzyn brakowało mi jeszcze Mercedesa, a moja kotka ostatnio uzależniła się od krewetek. I w ogóle, jeżeli już brać łapówki, to z klasą. Pudełko cygar jest dobre dla magistranta. Człowiekowi tuż przed doktoratem jakakolwiek taniocha przynosi ujmę.
Oczywiście są granice. Na przykład na prywatnego Boeinga może liczyć już tylko profesor.
Przedstawiciel wszedł, odziany w czarny garnitur, czarne lakierki i czarne okulary. Miał również złowieszczy wąsik. Dyskutowaliśmy prawie godzinę, zanim wreszcie dobiliśmy targu. Walizka pełna waluty zmieniła w końcu właściciela. Lubię gotówkę. Jest mało subtelna, lecz daje pewną elastyczność.
Kazałam Haroldowi przynieść szampana.
Tego dnia odwiedził mnie jeszcze przedstawiciel lobby ekologów, od którego przyjęłam brylanty, żeby mówić o globalnym ociepleniu, drugi ekolog, któremu bardzo zależało, żebym opowiedziała o ginących rafach koralowych, szef firmy farmaceutycznej, który chciał, żebym zachwalała jego szczepionki oraz drugi, który bardzo potrzebował reklamy nowego chemoterapeutyku. Tutaj powieka lekko mi zadrżała. Mam jeszcze resztki wyrzutów sumienia, które sprawiają, że wzbraniam się przed dręczeniem ludzi chemią, podczas gdy najlepiej zwalcza raka cieciorka wsadzona pod skórę nogi.
Ale co tam, raz się żyje. Jako naukowiec jestem w końcu bardzo zdeprawowana.
Zadałam tylko jedno pytanie, aby trochę wytrącić go z równowagi.
- Proszę pana - agencie Evil, tak się pan nazywał? Skąd właściwie macie tyle pieniędzy, żeby nas wszystkich kupić? Na konferencji w San Diego było trzydzieści tysięcy ludzi, a to tylko sami neurobiolodzy. Zespołów parających się onkologią jest jeszcze więcej, o mikrobiologach nawet nie wspominając. Nawet nad mechanizmem, którym się interesuję, pracuje kilkanaście niezależnych, konkurujących ze sobą grup. Wiem, że zarabiacie na lekach, ale trzeba jeszcze zadbać o dystrybucję, badania kliniczne, koncesje i choćby głupie opakowania…
- Ach, proszę pani - odparł. - My nie musimy się martwić o prostą ekonomię. Przecież jak wszyscy wiemy, zabijanie ludzi to niezwykle intratny interes. Za każdego nieboszczyka Szatan automatycznie przekazuje nam gratyfikację w diamentach, kokainie i rzadkich pierwiastkach promieniotwórczych.
Podumałam nad tym przez chwilę. Po czym kazałam Haroldowi przynieść więcej czarnego kawioru.
Today, when we speak or write about the cybernetic eyes, we think of something like that.
On the first sight (sic!) there is no mistake that technology has been used for visual augmentation; it’s pretty much obvious that the user is wearing an electronic device.
There is a similar issue with the invasive retinal implants, just like this one.
Briefly: a chip, 3 mm in diameter, 1500 pixel resolution, is implanted beneath the retina, in the proximity of macula lutea. Its task is to restore sight. The trials are conducted on the patients with retinis pigmentosa. On the lab website you can find a few movies with the trial’s participants; at the very best, they regain the ability to recognize simple shapes and human silhouettes; they can even read letters no smaller than the A5 paper sheet. Of course this is an amazing improvement in comparison to the total blindness, but it is still not quite the thing we want the bionic eyes to do, and moreover, we don’t know for how long can the chip be used.
This model does not require the user to wear external camera-glasses, a solution present in the other types of “cybereyes”.
But it’s necessary to wear a source of energy in your pocket, and a cable sticks out of your head, which is also not that comfortable. The future models are planned to employ a subcutaneous power device, just like with the cochlear implants.
In the case of retinal degeneration, however, there might be another solution looming in the future, as discrete as the artificial lens.
A the FENS 2012 conference in Barcelona, which I had the pleasure to attend in July, I’ve listened to an extremely interesting lecture. I think we have a breakthrough in retinal implants and even if this one won’t pan out, a certain thought barrier has been crossed. I’d love it to work. Maybe in twenty or thirty years we’ll have retinal implants as available as LASIK surgery.
This is the link to the final paper.
And this is the pre-release pdf I’ve managed to excavate.
So what is it about? The researchers have cultured the primary rat neurons on a polymer with photovoltaic properties. Just like the ones people use to produce solar power panels. We excite the polymer with light, the neurons spike with activity. Voila. The whole bio-organic hybrid was maintained live for as long as the primary neurons can be maintained in good shape in the cell culture. And it was still working.
The long standing goal is to produce a miniature photovoltaic panel, that will replace the function of the damaged photoreceptors. Without the aid of camera or any need to provide current. Now the researchers are implanting a polymer-covered material to the albino rats with a damaged retina.
There was no results yet from the animal experiment in Barcelona. I wonder if this works; by now, we can’t tell for sure, and I don’t want to encourage false hope.
As you can see however, cybereyes don’t have to be seen.
And the creative sf author should remember just that.
W dzisiejszych czasach, kiedy mówimy o cybernetycznych oczach, mamy na myśli mniej więcej coś takiego.
Na pierwszy rzut oka (sic!) widać tutaj wspomaganie wzroku technologią. Podobnie jest z inwazyjnymi, prototypowymi implantami, które podejmują funkcję siatkówki, takimi jak ten tutaj.
Skrótowo: matryca o średnicy 3 mm, o rozdzielczości 1500 pikseli, jest wszczepiana pod siatkówkę, w okolice plamki żółtej. Zadaniem implantu jest przywrócenie wzroku; badania są prowadzone na pacjentach chorych na retinopatię barwnikową. Na stronie znajduje się kilka filmów z uczestnikami próby klinicznej; w najlepszym wypadku uzyskują oni zdolność rozpoznawania prostych kształtów, sylwetek i czytania liter wielkości kartki A5. Oczywiście w porównaniu z całkowitą ślepotą jest to niezwykła poprawa, ale to jeszcze nie to, czego byśmy chcieli od bionicznych oczu, poza tym nie wiadomo, jak długo taki chip może w oku wytrzymać.
Ten model nie wymaga jednak noszenia przez użytkownika zewnętrznych okularów z kamerą, czyli rozwiązania obecnego w innych typach „cyberoczu”.
Trzeba jednak mieć w kieszeni źródło zasilania, a z głowy wystaje niewygodny kabelek. Przyszłe modele mają wykorzystywać zasilanie umieszczane podskórnie, tak jak w przypadku implantów ślimakowych.
W przypadku chorób degeneracyjnych siatkówki może jednak zwycięży inne rozwiązanie, równie dyskretne, jak sztuczne soczewki.
Otóż na konferencji FENS 2012 w Barcelonie, na której byłam w lipcu, wysłuchałam niezwykle ciekawego wykładu. Zdaje się, że doszło do przełomu w dziedzinie implantów siatkówkowych i nawet, jeżeli ten konkretny nie wypali, pewna bariera myślowa została już przekroczona. Bardzo bym chciała, żeby to zadziałało - może za dwadzieścia, trzydzieści lat implanty będą powszechnie dostępne, jak laserowa korekta wad wzroku czy też operacja zaćmy.
Tutaj jest link do publikacji w wersji ostatecznej.
Tutaj wydłubałam pdfa.
O co chodzi? Zespół, o którym mowa, opracował metodę hodowli szczurzych neuronów na polimerze o właściwościach fotoelektrycznych. Dokładnie takim, jakich używa się do produkcji baterii słonecznych. Polimer pobudzamy światłem, w neuronach pojawia się aktywność. Voila. Cały bio-organiczny hybrydowy system utrzymywano tak długo, jak długo w ogóle można trzymać neurony w hodowli. I działał.
Ostatecznym celem badań jest wyprodukowanie maleńkiego światłoczułego panelu, który będzie zastępował uszkodzone fotoreceptory, bez zewnętrznej kamery i bez zasilania. Na dalszym etapie badań mają wszczepiać materiał pokryty polimerem szczurom-albinosom ze zniszczoną siatkówką.
W Barcelonie jeszcze nie było żadnych wyników eksperymentu na zwierzętach. Ciekawe, czy to się uda; na tym etapie na dwoje babka wróżyła. Nie chcę wywołać błędnego wrażenia, że to już.
Jak jednak widać, cyberoczy wcale nie muszą przyciągać wzroku. Co, oczywiście, powinien zapamiętać każdy twórczy autor sf.