![]() |
Wednesday, 11 September 2024
Harde Bestie, updejt itepe.
Sunday, 8 October 2023
Moja Atlantyda. Latać z kotem samolotem.
Jak się leci przez Atlantyk z dwoma kotami?
Trochę jak z
niemowlakiem, tyle, że koty są grzeczniejsze i mniej problematyczne przy zmianie
pieluszek. Na początek, oczywiście, trzeba zarezerwować dla nich miejsce za
dopłatą do biletu, jeden kot na jednego człowieka. Co prawda wnosimy ją przy kontuarze
do check-inu, ale zadzwonić trzeba jak najwcześniej, żeby mieć miejsce na
pokładzie – są limity. W bagażu, w przygotowaniu na pierwszych kilka noclegów w
AirBnB, znajdują się: dwie jednorazowe papierowe kuwety, mała torebka żwirku
silikonowego drobnego niezbrylającego (jedyny, jaki akceptuje Skierka), mała
torebka karmy suchej o smaku rybnym oraz kilka saszetek karmy mokrej, również o
smaku rybnym. Wszystko marki premium, ryba sto procent, bo jest taki haczyk
importowy: do Stanów nie wolno wwozić mięsa. Ale dotyczy to tylko produktów z
mięsa ssaczego, o rybach nie ma słowa.
Saszetki z karmą mokrą na
pokład to wersja mini, poniżej 100 ml objętości. Koty podczas podróży nie jedzą,
ale mogą być spragnione i prędzej wypiją sosik, niż wodę (aczkolwiek w
transporterach znalazły się też dwie nietłukące miski, a w kiosku na lotnisku
po przejściu przez kontrolę kupuję butelkę mineralnej niegazowanej).
Transportery są też
wyłożone podkładami chłonnymi – kilka mamy w zapasie. Kot potrzebuje wygody i
luzu, żeby się, że tak powiem, skupić, więc nie ma ryzyka dwójki, ale siuśki
się znajdą na pewno, zwłaszcza, wielokrotnie, w przypadku Skierki. Nie mam
pojęcia, czy to dlatego, że jest koteczką, czy dlatego, że jest Skierką.
Nie wiem, jak ze starszymi
kotami, ale młode (rok z zapasem) łatwo się uczą i przystosowują, są też do nas
bardzo przywiązane. Więc dopóki przy transporterze siedzi człowiek, awantury w
samolocie nie ma. Czasami ciekawski ryjek (to głównie Chochlik) chce wyjrzeć z
transportera i nie należy mu na to pozwalać, bo jeśli zwieje w samolocie, to
kaplica. Gorzej podczas przesiadki we Frankfurcie. Lotnisko, a zwłaszcza
kontrola, to dla zwierzątka stanowczo za dużo wrażeń.
Mamy szelki, ale do
kontroli i tak każą je zdjąć, a kota wyjąć i puścić opróżniony transporter na
pas transmisyjny. Na szczęście koty kurczowo trzymają się swoich ludzi i nie
próbują w panice uciekać gdzie indziej. Dobrze też zwierzątku zapewnić nieco
wytchnienia i zapakować się do pokoju dla matki z dzieckiem, żeby przewinąć,
tj. wymienić podkłady (da się to też zrobić w łazience w samolocie), podać wody
i dać trochę rozprostować łapy. Na szczęście nie konkurowaliśmy z prawdziwymi
matkami z dzieckiem, bo pewnie by była awantura. Wychodzi na to, że w podróży z
kotem, jak ze wszystkim, najbardziej chwiejnym elementem są ludzie.
Wylatujemy z Warszawy 13
lutego 2020.
Miesiąc później (15 marca) zamkną Okęcie z powodu covidu.
Po lotnisku we Frankfurcie krążą ludzie
i wypytują, kto był w Chinach. Mamy maseczki w transporterach, ale wtedy
jeszcze maseczki nie są częścią kultury i potencjalnie możemy zwrócić na siebie
uwagę jako osoby chore. Co, niestety, byłoby prawdą, ponieważ lecimy z potężnym
przeziębieniem. Jest to co prawda regularny polski katar, ale nikt nie ma
jeszcze pojęcia, jak testować na covid i nawet jak wygląda przebieg choroby –
wiadomo tylko, że po tygodniu mniej więcej objawów grypopodobnych przeradza się
w wirusowe zapalenie płuc, czasem ze skutkiem śmiertelnym. Maseczki zabrałam po
to, żeby nie zarażać ludzi, ale atmosfera na lotnisku nie zachęca do ich używania.
Roznosimy więc jakiegoś bliżej nieokreślonego zapewne rhinowirusa, a może i
nie-covidowego koronawirusa, dokładając się do okołopandemicznego chaosu.
Ciężka podróż kończy się około
czwartej po południu czasu atlantydzkiego, kiedy to pakujemy się do wynajętej klitki,
w której mieści się podwójne łóżko oraz aneks kuchenny, a ogrzewanie niezupełnie
dociera do łazienki z tyłu. W garderobie rozkładamy jednorazowe kuwety, mokra
karma trafia do misek. Biedne, straumatyzowane podróżą kotki w pierwszej kolejności
pożerają wszystko, co mają w miseczkach, a potem składają długą i śmierdzącą
wizytę w kuwecie. A ja, zaziębiona, brudna, zdżetlagowana i nie wiedząca, jak
działają w Ameryce płatności, biegnę na zapoznawczy wieczorek z nowym labem do pubu.
Z mieszkanka uciekniemy
za parę dni za sprawą latającej dupy Chochlika, ale to już inna historia.
Monday, 2 October 2023
Moja Atlantyda. Cztery kąty.
Stany Zjednoczone to kapitalizm korporacji. Większość usług, od sklepów po restauracje, jest albo sieciowe, albo bardzo luksusowe, ekologiczne i DIY, przy czym jak się podłubie, równie dobrze może to być luksusowo i ekologicznie prezentująca się korporacja.
We wczesnym 2020,
w epoce przedpandemicznej, istniała w Atlancie możliwość wynajmu Airbnb (afaik znów
istnieje), ale to opcja krótkoterminowa. Większość mieszkań do długotrwałego
wynajmu to osiedla zarządzane przez korporacje zajmujące się wynajmem.
Przynajmniej tam, gdzie dopuszczają trzymanie kotów.
Żeby wynająć
mieszkanie, trzeba mieć amerykański numer telefonu, ale to już wiecie. Poza tym
trzeba jeszcze zapłacić za złożenie aplikacji i żeby pomyślnie przejść
kwalifikacje na lokatora, posiadać historię kredytową, i tutaj dla osoby z
zagranicy zaczynają się schody. No ni cholery nie namówię amerykańskiego
landlorda, żeby sprawdził mnie w BiKu. Lokalny współczynnik zdolności
kredytowej, dzięki któremu można zrobić wszystko począwszy od zakupu samochodu,
skończywszy na kupnie komórki na raty, nazywa się FICO score i odpala się
przybyszowi dopiero grubo po roku pod warunkiem posiadania karty kredytowej, a
i wtedy firmom się nie podoba, że taki nowy. Pozostaje kupowanie ww. dóbr
gotówką albo czekiem. Jak imigrant zatrudniony na czarno albo dealer
narkotyków. Samochód kupiłam czekiem, ale to opowieść na kiedy indziej.
Koleżanka z
przyszłego labu daje mi cynk, jakie osiedle nie wymaga od zagranicznego
lokatora wartości FICO. Wymaga tylko dowodu, że zatrudniło mnie Emory
University, które ma reputację największego pracodawcy w okolicy. Dobra, przesyłam
im moje papiery i aplikuję.
Nie pamiętam, jak
w końcu zapłaciłam za złożenie aplikacji. Chyba PayPalem. Polska karta debetowa
nie działa, a to dlatego, że amerykański system bankowy funkcjonuje inaczej,
niż polski system bankowy. Ludzie nie składają przelewów, tylko podają numer
konta albo numer karty i odpowiednia kwota jest ściągana z konta/karty. Coś
takiego jak przelew nazywa się wire transfer i jest z gruntu podejrzane. Nie
jestem pewna, dlaczego, ale zasadniczo jeśli ktoś chce od was „wire” to pewnie
jest księciem z Nigerii i należy go unikać. Pracodawca nie daje wire transfer.
Daje direct deposit, który jest z jakiegoś powodu czymś zupełnie innym. Przelewy
zagraniczne są za to obarczone gigantycznymi opłatami międzybankowymi. Istnieje
wiele innych sposobów, które omijają system, przy czym jedynym dostępnym w
Polsce jest PayPal (jeśli ktoś się dziwił, jakim cudem Musk wzbogacił się na
zwykłym portalu przekazywania wpłat, to teraz wie).
No więc, jeśli
próbujesz opłacić cokolwiek kartą w Stanach, to większość miejsc online, w tym
portale lokatorskie, pobiera dodatkową opłatę za użycie karty, która nie
przechodzi w systemie, bo europejska karta nie da z siebie ściągnąć więcej, niż
zadeklarowano na początku.
Większość portali
lokatorskich do składania aplikacji ma formularz, gdzie wpisujemy swoje dane,
numer karty, poprzedni amerykański adres oraz amerykański numer telefonu,
dzięki czemu korporacja może sprawdzić nasz FICO, ściągnąć pieniądze, pogadać z
poprzednim landlordem czy nie sikaliśmy na dywan i jeśli się spodobamy, to dopiero
jest akceptacja. Podobno w niektórych miejscach patrzą, jakim przyjeżdżasz
samochodem na oględziny, ale to chyba w nieco bardziej luksusowym segmencie.
Nasze osiedle
jest wyjątkiem. Podobno mieszka na nim dużo obcokrajowców pracujących na Emory.
W ogóle słówko „Emory” otwiera wiele drzwi, dlatego po kilku rozmowach przez
ocean udaje się umówić datę wprowadzki.
No, ale trzeba
złożyć depozyt. Jak to zrobić, jeśli przelewy nie istnieją, karta nie działa, a
na sugestię miłego Amerykanina, żebyśmy może przysłali czek, polskie banki
sprawdzają, które mamy stulecie?
Otóż Stany
Zjednoczone mają tutaj specjalną instytucję przeznaczoną dla ludzi, którzy są
imigrantami zatrudnionymi na czarno, dealerami narkotyków albo pracownikami fast
foodu i żaden bank nie da im karty kredytowej. Trzeba iść do supermarketu.
Wpłacić gotówkę. I wysłać przekaz pieniężny za pomocą Western Union.
Dobra, ale na
razie jesteśmy w Polsce, to jak mamy iść do tego supermarketu?
Staje na tym, że
umawiamy się na przekaz depozytu za pomocą Western Union jak już przylecimy do
Atlanty, a na początek wynajmujemy na pięć dni AirbnB, przy czym trochę nam
zajmuje znalezienie takiego, gdzie właściciel nie ma nic przeciwko kotom.
Po przylocie
okaże się jeszcze, że supermarket jest godzinę na piechotę, nie ogarnęłyśmy
Ubera, bo nadal myślimy po polsku i chciałyśmy autobusem, a reklamowana
atlantydzka komunikacja miejska, podobno doskonale rozwinięta jak na Stany (tak
było, nie zmyślam!) jeździ równie często, co pekaesy i nigdzie nie można
znaleźć planu trasy (jest do tego appka, ale to odkryłam później).
I oto prócz
amerykańskiego numeru telefonu (prowizorycznego) mamy amerykańskie mieszkanie.
Bez mebli, ale to się jakoś załatwi.
Jak dłużej
pomyślę, dochodzę do wniosku, że to wszystko z powodu dwóch młodych
drapieżników Felis catus rasy europejskiej podwórkowej. I trochę się sobie
dziwię. Ale tylko trochę.
Mamy nieprawdopodobnie
cholerne szczęście, że to jednak nie jest akademik i dowiemy się o tym za kilka
tygodni.
c.d.n.
Thursday, 28 September 2023
Moja Atlantyda
Ameryka to był przypadek.
Neurobiolodzy (i zresztą
naukowcy w ogóle) mają globalny rynek pracy, a specjalizacje są bardzo wąskie,
często nam bliżej badawczo do kogoś z drugiej strony oceanu, niż z drugiej
strony budynku. Cykl życia naukowca przed zdobyciem stałej pozycji, a zresztą
nawet i potem, jest dyktowany dostępnością grantów na badania, zresztą do zmian
miejsca pracy zachęca nas system (w formularzu ocen grantów jest dział
„mobilność”, wart kilku dobrych punktów – przed Atlantą mój znalazł się pod
kreską właśnie dlatego, że ostatni wyjazd to był Erasmus). Pojęcie „polski
naukowiec” to trochę fikcja. Każde z nas, jeśli publikuje w miarę przyzwoitych
czasopismach, robi to po angielsku i jest kosmopolitą.
Gdyby Gary J. Bassell,
profesor, z którym już wcześniej współpracował mój polski zespół, był
Szwajcarem lub Francuzem, pewnie znalazłabym się w Szwajcarii lub we Francji.
Ale wyjechałam do Stanów Zjednoczonych, których bałam się najbardziej, i to na
Południe. Z Polski widzi się Stany w pigułce, idealizowane lub demonizowane,
postrzegane przez pryzmat eksportowanej wszędzie popkultury. Każdy, kto
wyjechał choćby na trochę, powie wam, że to trochę nie tak. Przede wszystkim
Stany Zjednoczone to nie jest jednolity kraj, a popkultura pokazuje głównie dwa
rejony – Nowy Jork (czasem inny kawałek starego wschodniego wybrzeża) i
Kalifornię. Chyba, że w ujęciu historycznym.
Nie doceniamy też, jak
bardzo Stany różnią się od Polski pod względem kulturowym, a zaczyna się od
drobiazgów. Kto się przyzwyczaił, że do innych krajów Unii wjeżdża jak do
siebie, może być mocno zaskoczony.
Po pierwsze, telefon.
Bez amerykańskiego numeru
telefonu po przyjeździe do Stanów nie załatwimy niczego. Mieszkania, konta w
banku, internetów, a nawet transportu (taksówki są drogą fanaberią, trzeba mieć
Uber). Wszystkie formularze wymagają jednej cyferki więcej, a urzędy i
instytucje nie rozumieją idei kontaktu przez email. Udają, że rozumieją, po
czym i tak do ciebie dzwonią.
Żeby mieć amerykański
numer telefonu, trzeba kupić amerykański telefon, a w tym celu należy podać
amerykański numer telefonu oraz amerykański adres, którego nie mamy, bo nie
mamy amerykańskiego numeru telefonu.
Ale, uwaga, jest możliwość
przerwania tego błędnego koła. Należy otóż przed wyjazdem kupić sobie amerykański
numer telefonu przez Skype’a. Oczywiście będzie działał tylko w miejscach,
gdzie dają darmowe wifi. Ale możesz go podać, dzwonić do
ludzi, potem możesz odpisać na esemesa i w ogóle wszystko gra.
Możesz nawet spróbować
wynająć mieszkanie.
Podobno uczelnia ułatwia
postdokom i doktorantom zdobycie lokum po przyjeździe i są pokoje dla zagranicznych
studentów. Mówię podobno, bo jest jeden haczyk. Nikt nie przewiduje, że
zagraniczny gość przywiezie dwa polskie, mazowieckie, prawdziwe żywe koty. A
tych w akademikach trzymać nie wolno.
Zatem zaczyna się
poszukiwanie mieszkania na wolnym rynku.
cdn...
Wednesday, 27 September 2023
Hello world.
Ale wiecie, tak sobie myślę, że tak wiele rzeczy jest poza moją kontrolą. Nie decyduję o tym, jak brutalnie wygląda rynek książki, jak trudna jest kariera naukowa, co dalej z moim zdrowiem (chwilowo lepiej), czy mała niezupełnie normalna normalność, jaką udało mi się zbudować w obcym kraju potrwa parę miesięcy, czy parę lat.
Zawsze jednak mogę pisać. Nieważne, ile mam na to czasu, czy robię to zbyt rzadko i czy w globalnym pierdolniku jest dla mnie jakieś miejsce. Moja decyzja jest poza algorytmami, osądami, osobistymi stratami i generalnie wszystkim innym. Zawsze najlepiej mi się tworzyło, kiedy nie musiałam myśleć, co mam z tym później zrobić.
Coś tutaj będzie, ale nie obiecuję co, kiedy i w jakim kształcie.
Czcionka jest inna. Zobaczę, czy zostanie.
Tuesday, 18 July 2023
Kropka taktyczna.
Pomyślałam sobie wczoraj, że przydałaby mi się autorska strona internetowa, po czym sobie przypomniałam, że mam już autorską stronę internetową. Teraz ją oglądam, w dużej mierze zamrożoną w innej epoce. Będzie tutaj generalna inwentaryzacja, tylko najpierw muszę ogarnąć, co właściwie powinnam zrobić - stać mnie już chyba, żeby postawić sobie coś, co wygląda nieco bardziej profesjonalnie. Pytanie, czy trzeba. Nie jestem Georgem Martinem, więc pewnie trzeba. Blogi trochę martwe są, ale się pomyśli.
