Sunday, 13 December 2015

Progress report.


Szatkuję właśnie rozdział piąty Mandali. Zasada jest prosta: tam, gdzie po sześciu latach nic nie rozumiem, zmieniam tak, żeby było zrozumiale.
W tej chwili nie mam pojęcia, jakie będą losy tej powieści, czyli po staremu.

Gdzieś w tle kopiują się ciężkie pliki z obrazkami neuronów. Kicia śpi na kanapie za moimi plecami. Połówek na uczelni.

Mogę sobie tylko wyobrażać, jak rozpolitykowani i rozemocjonowani są dziś ludzie.
Nadal nie wiem, czy powinnam się wstydzić, że mnie tam wczoraj nie było. Może rzeczywistość da się opisać tylko z dystansu?

Friday, 11 December 2015

Wbrew pozorom istnieję.


Gdyby ktoś mnie szukał na fb i nie mógł znaleźć:
Zdezaktywowałam konto, nic mu się specjalnego nie stało. Po prostu nie wytrzymałam ciśnienia.

Kiedy wyprowadzałam się od rodziców, to była końcówka 2007; byłam chora i zmęczona, nie tylko sytuacją polityczną. Zdecydowałam wtedy, że nie kupię telewizora i do dziś go nie mam. Ale zdaje się, że to samo robię sobie za pomocą mediów społecznościowych.

Popieram protesty przeciwko demolowaniu Konstytucji i TK; zawsze uważałam tę część naszego ustroju za najcenniejszą, pamiętam jeszcze dyskusje z 1997 i emocje towarzyszące jej ustanowieniu. Wszystko inne stapia mi się w tej chwili w magmę, z której nie potrafię wyłonić nic ponad to, że jest źle. Czuję się jak lord Jim skaczący ze statku. Udzielam wsparcia (czy chodzi o rozemocjonowany KOD, czy o zimno kalkulujące Razem), ale z oddali.

Nie dam rady zaangażować się politycznie, nie tylko dlatego, że wiecznie mam wątpliwości, czy przypadkiem ktoś nie próbuje wykorzystać szczerych intencji moich i moich znajomych (kilka lat temu, w dość lokalnej sprawie, której nie było na pierwszych stronach gazet, to właśnie mi się przydarzyło). Także z pobudek, które z moim uważaniem mają niewiele wspólnego. Dzieje się tak nie po raz pierwszy; może kiedyś będę tego żałowała.

Ktoś na tym całym chaosie korzysta, ktoś go wykorzystuje prawdopodobnie. Komuś zależy na destrukcji.

Musi być ktoś, kto siedzi i buduje, dłubie teksty i ogląda neurony, nawet jeśli pies z kulawą nogą nie obejrzy tych tekstów i tych wyników (nie umyka mi znaczenie fb jako narzędzia promocji).

Jeśli będę mieć coś ciekawego do powiedzenia, powiem tutaj. Może ktoś zagląda gdzieś poza swoim wallem. Jeśli nie, po prostu będę milczeć.
See ya ;)

Tuesday, 1 December 2015

NaNoWriMo. Skończyłam, skończyłem pisać książkę. ICOTERAS?


Krótko i ogólnowojskowo.

Listopad się skończył. Macie w szufladzie kawał tekstu. Ewentualnie, macie w szufladzie kawał tekstu, chociaż nie uczestniczyliście w maratonie pisarskim.
I co z tym dalej robić?

1) Tradycyjnie przestrzegam przed plątaniem się w wydawnictwa typu POD albo ze współfinansowaniem. NIGDY NIE POWINNIŚCIE PŁACIĆ ZA PUBLIKACJĘ. Jeśli tak się dzieje, to ktoś was oszukał; kończy się to stertą źle zredagowanych, niesprzedanych książek, nagabywaniem ludzi po stronach internetowych, kacem moralnym jak 150 i zniechęceniem.

2) Zwykły self-publish w ebooku nie jest taki zły, niektórzy uznani autorzy tak wydają, ale pamiętajcie, że to jest wyjście czysto rozrywkowe, dla znajomych i przyjaciół. Więc nie oczekiwać bestsellera i się nie denerwować, jak go nie ma. Większość tych pozycji nie ma redakcji, tylko zwykłą korektę. O ile mi wiadomo, wyjątkiem jest RW2010, gdzie redakcję robią, ale tylko pozycjom, które im się bardzo spodobały. Nie wiem, jak dobra jest ta redakcja, bo koleżanka, która tam wydawała, sama z siebie pisze świetnie i trudno stwierdzić, gdzie kroił redaktorski nóż. Ale ona jest absolutnym wyjątkiem; większość ludzi redakcji wymaga, ja też.

3) Tradycyjna droga jest długotrwała. Asystent miał chętnych jeszcze przed napisaniem; robiłam go według zaakceptowanego wcześniej, napisanego przeze mnie konspektu, ale z duszą na ramieniu, czy się spodoba. Od rozpoczęcia do wydania książki miną cztery lata. Cztery lata. Mandala leży w czyśćcu wydawniczym od 2010 roku, kiedy to wydawnictwo wydające pierwszy tom powiedziało, że dziękuje i idzie na ryby. Jeśli chcecie tą drogą pójść, to jest podróż. Nie zniechęcam, trzeba tylko się nastawić na cierpliwość i skupić się na czymś innym, niż tylko publikacji.

4) Ziny. Ziny są dobre. Ziny nie zobowiązują, dają publikację i cieszą oko, i pracuje tam mnóstwo pasjonatów robiących znakomitą redakcję. Na przykład Esensja. Nie ma lepszej weryfikacji, kiedy już wasze teksty zaczną się do czegoś nadawać stylistycznie. Pieniędzy z tego nie będzie, ale i tak są nieduże przy tym zajęciu (to nie jest zawód, chyba że dla nielicznych).

5) Wymiana tekstów między sobą, w gronie fanów fantastyki, uczestników maratonu, piszących fanfiction jest chyba najbardziej satysfakcjonująca, jeśli nie wiążecie z literaturą planów na przyszłość. A nawet, jeśli wiążecie.

Pisarstwo może być wspaniałą przygodą, ale nie róbcie nim sobie krzywdy nadmiarem ambicji i/lub samobiczowania.

Coś o tym wiem; też tam byłam.

Saturday, 21 November 2015

NaNoWriMo. Listopad jest miesiącem pisania.


Kiedy po raz pierwszy opublikowałam opowiadanie w SFFiH, bardzo chciałam być traktowana jak poważna autorka. Byłam przecież na tyle wprawna, żeby tekst pojawił się w druku. Czułam się dorosła. Miałam już skończone dwadzieścia jeden lat.

Zazdrościłam wtedy wściekle bardzo zdolnej rówieśniczce, Agnieszce Hałas. Wyobrażałam sobie, że jest taką twardą, bezwzględną laską, której nigdy nie zjadają wątpliwości.
Kiedy zaczęłam nawiązywać kontakty z autorami, zobaczyłam wreszcie, że nie są bogami z piedestałów, ale ludźmi, z którymi można nawiązywać przyjaźnie. I tego też można się dowiedzieć podczas NaNo. Nie wszystkim odpowiada zaangażowanie się w pisarską społeczność, ale NaNoWriMo stanowi jej najlepszą odsłonę; wszyscy są tak skupieni na pisaniu swoich tekstów, że na brzydsze aspekty relacji międzyliterackich nie ma czasu ani szans.

NaNoWriMo, lekcja pierwsza: inni pisarze nie są twoimi wrogami. Nie są nawet twoimi rywalami. To sojusznicy, partnerzy w zbrodni, współuczestnicy świata słowa.

Kiedy miałam czternaście lat, po raz pierwszy wysłałam do wydawnictw moją… powiedzmy, że to była powieść, bo nie wyglądała na nią nawet objętościowo. Dostałam od Prószyńskiego odpowiedź odmowną na firmowym papierze, ze złoconymi literkami - wyobrażacie sobie, że kiedyś dostawało się takie odpowiedzi odmowne? Niestety, jako czternastolatka nie doceniłam potencjalnej wartości historycznej i podarłam odmowę ze złości.

Debiutancką powieść miałam opublikować prawie trzynaście lat później. Jeśli czegokolwiek w tym żałuję, to tego, że nie pisałam więcej, zamiast się denerwować, że mnie nie wydają. Miałabym tyle pamiątkowych tekstów!

Pisarstwo doprowadziło mnie w wiele przedziwnych miejsc. Plątałam się po różnych kółkach i gazetkach, ale także pracowałam w gazetach jak najzupełniej płacących, w wieku, gdy trzysta złotych w miesiącu robi z ciebie nababa. Uczestniczyłam w scenie mangi i anime w epoce pisma Kawaii i wykorzystałam znajomość francuskiego… do recenzowania mang, obecnych wtedy głównie w tym języku. Zapałętałam się do fandomu fantastyki, gdzie kiedy czas pozwala, udzielam się i dziś. Nigdy nie zrobiłam wielkiej kariery, i nie powiem, byłoby miło, ale czego ciekawego się dowiedziałam, jakich ludzi poznałam, to już moje.

NaNoWriMo jest kolejnym takim miejscem; kolejną przygodą. Dobrze być NaNowcą, mieć notatniczek (nawet, jeśli go nie używasz) i pisać, czując na karku oddech listopada.

NaNoWriMo, lekcja druga: Pisarstwo nie jest po to, aby uwielbiały cię miliony. Jest drogą życia, jak karate-do.

Po ukończeniu pierwszej wersji Domu Wschodzącego Słońca w oczekiwaniu na odpowiedzi z wydawnictw czekałam w napięciu, czasem łkałam wieczorami, nieraz wpadałam w furię. Raz, przy okazji kolejnych poprawek rzuciłam o ziemię całym wydrukiem, używając słów niewybrednych i kończąc z pisaniem - po raz, nie wiem, milionowy…

Książkę przyjęto mi warunkowo. Weźmiemy, pod warunkiem, że dodasz jeszcze jeden rozdział-opowiadanie i zastosujesz się do rad redaktora zewnętrznego. Rady były ogólne, warunki trudne do spełnienia, czasu bardzo mało… Przez następne dwa miesiące pracowałam jak głupia. Nie mogłam już tracić czasu na bieganie w kółko i agresję wyładowywaną na przedmiotach martwych.

NaNoWriMo, lekcja trzecia: Każdy tekst jest lepszy, niż ten nienapisany. A na egzystencjalne rozterki nie ma jak deadline.

Jest moc w listopadowym pisaniu. Okazuje się nagle, że ciągłe skupienie na tekście czyni cuda. Że można przenosić góry. Kipiące emocje wtłaczać między kartki, zamiast niszczyć meble. Rośnie poczucie kompetencji, wracają proporcje i dystans do spraw nieważnych, takich jak ambicje, polityka oraz piętrzące się sterty prania.

A zatem - listopad. Będą ofiary. Na przykład spodek upuszczony na ziemię z niewyspania. Brudne włosy i nieuprasowane bluzki (jak to dobrze pracować w instytucie, gdzie nie istnieje dress code). Mąż zadręczany nowymi fragmentami tekstu, których lepiej na tym etapie za bardzo nie krytykować. Albo, jak kiedyś, gdy kończyłam Mandalę, oparzenie drugiego stopnia, kiedy na wpół śpiąca za długo przytrzymałam rękę nad dzióbkiem czajnika.

Do zobaczenia zatem, i piszcie. Go, go, go.

Saturday, 14 November 2015

How to fight terror


Many people today have expressed their helplessness against the terrorism. What can we do, as normal people with no political power, to fight it? Are we powerless against it?

I thought about it for a while. What do the terrorists stand for? They go by their name. They want to create terror.

They use one core mechanism that all human relations rely on.

Human emotions are contagious. Fear goes viral, as does pain and hatred. Sometimes, when people get heated up, you can almost feel the pressure in the air. To do something else, to feel something else, looks like betrayal.

Do you know that we are connected with everybody on Earth just by six handshakes? When something big happens in the world, either evil or good, the shock wave gets to us sooner or later.

War spread this way. Hatred does. We are primed to sense danger and react to it. This is only natural. But to a certain degree we can fight it and counteract it.

See, this blade has two ends.

Networks between people work both ways. Good spreads just like evil spreads. It seems weak, because it works quietly. It needs more deeds done. But in the end, this is what makes a civilization thrive. This what causes that we did not all kill each other yet.

So fight terrorism.

Fight evil with good.

Fight fear with laughter.

Spend time with your child. Forgive someone. Make good art. Make love. That old neighbor of yours? Help her shopping. Read a book. Donate blood. Donate to charity.

If you feel that my proposition is too Pollyanna-ish or feel-good, if you feel anger, use the anger. Go more radical.

Volunteer to charity. Subscribe for bone marrow donation. Pay for a full treatment of a rescue cat. Commit to helping financially that old neighbor of yours. Do something that is a serious financial, or personal effort to you and brings good to your community at the same time.

Shouting and protesting, even in a cause you believe in, doesn’t count. It won’t have the same effect.

This is serious, people.

This is the only way.

The only way to fight death is by living.

Monday, 7 September 2015

Nie straszcie mi babci


Ja sobie przypominam, powiedziała babcia, jak gonili nas Niemcy. Po powstaniu wyganiali ciocię i babcię staruszkę, a za nimi od razu podpalali domy.
Było tych wspomnień więcej i detalicznych, bo babcia ma dobrą pamięć. Miała wtedy jakieś dwanaście lat.

Słuchałam i miałam ochotę przejść się do budynku telewizji, dać jednemu z drugim plaskacza i wrzasnąć - wy durne pały, nie straszcie mi babci.

Więc: rozumiem lęk. Jakieś dziesięć lat temu, po zderzeniu z rzeczywistością, dorobiłam się nerwicy. Pozbyłam się jej - łatwo mówić, trudno zrobić. Rozplatałam nitka po nitce, wyłuskiwałam emocje, rozpoznawałam, co w rzeczywistości wymyśliły moje stare ewolucyjnie części mózgu, żeby postraszyć racjonalną korę mózgową. I teraz dostrzegam objawy tej samej nerwicy w ludziach. To jeszcze nie jest prawdziwe zagrożenie, tylko wasze emocje; macie do nich prawo, ale warto by je opanować i zaradzić im na spokojnie.

Jesteśmy popękanym pokoleniem, ułomnym i nadmiarowym, wychowywanym w świecie rozpadającej się starej rzeczywistości i nieuformowanej nowej, przez ludzi straszonych w szkole bliskością trzeciej wojny światowej, którzy z kolei byli wychowani przez pokolenie potrzaskane wojną. Na dobrą sprawę każdy Polak nadaje się na terapię, ale większość próbuje się leczyć ze swojego popękania sama. Albo przenosi to na dzieci.

Podczytując rozmaite wypowiedzi w temacie, jak zwykle mogłam liczyć na Hosera. Ten facet jest absolutnym antywzorcem moralności, głosicielem małostkowości, kabotynem i tchórzem uciekającym przed ważnymi problemami w pierdoły takie, jak np. new age’owe naszyjniki noszone przez licealistów oraz niezgodne z oficjalną linią gusta muzyczne. Poważnie wam mówię, jeśli chcecie wiedzieć, jak być dobrym człowiekiem, posłuchajcie Hosera i zanotujcie sobie, żeby nie robić tak jak on. Twórcy naszej młodej demokracji - a przynajmniej chadeckie skrzydło - mieli nadzieję, że obecność Kościoła w ustroju państwowym złagodzi naszą transformację, przypominając nam o chrześcijańskich wartościach, miłości bliźniego, bezinteresownym altruizmie, więziach międzyludzkich itp. No i rzeczywiście, co się Hoser odezwie, to mi o tym wszystkim przypomina, tak, jak susza skłania do myślenia o deszczu.

Dobre uczynki są z zasady altruistyczne. Nie spodziewamy się niczego w zamian. Nie kalkulujemy, czy to są fajni uchodźcy, czy niefajni, czy nam się przydadzą i opłacą, i czy będą chrześcijanami. Nie jęczymy - a dlaczego my, a dlaczego ten czy ów nie pomógł. Nie płaczemy, że mamy dać nasz wdowi grosz biedniejszym od nas - ułamek budżetu na ilość ludzi zdolną się pomieścić w kilku szkołach podstawowych (bo tylu ma ich wziąć Polska). Na zdolności do bezinteresownej pomocy opiera się nasza współczesna cywilizacja i żeby się utrzymała, należy nadal tę zdolność pielęgnować. Mimo lęku.

Napisałam kilka notek temu, że się boję. Doprecyzuję: boję się wzbierającego w ludziach zła i ciemności, ale na to nic nie mogę poradzić.

Jedna znajoma publikuje co straszniejsze dokumenty o uchodźcach i pyta się dramatycznie, komu wierzyć i co jest prawdą - chociaż sama już i tak wie, że będzie wierzyć własnemu lękowi, i nie pozwala się uspokoić. Otóż żeby zrozumieć, jacy naprawdę są ci uchodźcy - biedni i wystraszeni, czy też brutalni i niebezpieczni - wyobraźcie sobie Warszawę znowu na uchodźctwie. Ziutka z Grażyną, i państwo profesorstwo, i dresików z ławeczki, i dobrych uczniów, i biurową klasę średnią przerażoną, że ich nieposzczepione dzieci zachorują na polio. Znaczy - ja wam tego nie muszę mówić, prawda? Wybuch lęku bierze się właśnie stąd, że dobrze to sobie wyobrażacie. I wiecie, który z waszych znajomych by się rozchorował, który pobiłby się z policją, a który zakasał rękawy i zabrał się do pracy, nieważne jak marnej. Kto byłby zwykłym dupkiem (bo kto bohaterem, to trudno stwierdzić na zapas - zwykle są to osoby całkiem niespodziewane). A komu obozy dla uchodźców być może nie bez powodu zaraz skojarzyłyby się z łagrem i wywołały zaraźliwą w tłumie panikę.

Jestem z popękanego pokolenia, kształtowała mnie transformacja ustrojowa, w opiece nade mną i bratem pomagała prababcia, która przeżyła dwie wojny. Miałam nerwicę, której objawy nauczyłam się rozpoznawać. Wychowanie mówi mi, że nie ma co się łudzić - będzie źle; nasz świat, ten tutaj w Europie, znowu wchodzi w cykl kryzys ekonomiczny - autorytaryzm - wojna. Nadzieja mówi, że może rozejdzie się po kościach.
Umysł racjonalny twierdzi natomiast, że tak naprawdę to nic nie wiadomo.

Wniosek z tego taki, że trzeba mocno stanąć na dwóch nogach; robić to, co można z tym, co się ma, łapać wiatr w poły kurtki i patrzeć w deszcz, choćby i na skraju przepaści. Nie nakręcać się, przekazując kolejne bity strachu w filmach kręconych ze scen uchodźctwa. Tu naprawdę niewiele jest do zrozumienia. To już było. Po wielokroć.

Mamy więcej do stracenia, niż nasze z trudem wybudowane, relatywnie wygodne dorosłości. Jeśli i u nas się zacznie, jeśli rzeczywiście Europa wchodzi w stare koleiny, to właśnie z tych wartości zrobi nam sprawdzian. To od nich będzie zależało przetrwanie wszystkiego, co nam drogie. Im lepiej je zachowamy, tym większa nadzieja, że pozbieramy się, posklejamy i jak wcześniej odbudujemy. Jeśli będzie ciężko, poradzimy sobie. Jeśli będziemy wciąż umieli być razem ze sobą.

Jak trzeba, to pomagajmy.
A na razie, durne pały, nie straszcie mi babci.